wtorek, 18 grudnia 2012

powinności

Powinnam szykować synowi strój pasterza, gdyż został wybrany do solowego występu podczas szkolnych jasełek (być solistą w szkole muzycznej to duże coś, prawda? ja pękam z dumy!). Powinnam pakować walizkę na jutrzejszy wyjazd wigilijny do firmy męża i sprawdzić zawartość toreb nieletnich, którzy wybywają natenczas do dziadków. Powinnam sprawdzić całą stertę sprawdzianów, wstawić pranie, ogarnąć dom, ja tymczasem grzeję się przy kominku, sącząc gorącą herbatę i podziwiam swój przepiękny manikjur w soczystym szkarłacie. Rzadko chodzę do kosmetyczki, tym razem postanowiłam rozpieścić siebie, jutro fryzjer (o ósmej RANO, więc to już nie takie rozpieszczanie), najwyżej świat skończę zadbana i piękna.
Kolejna tej jesieni infekcja zaowocowała czerwonym nosem, wielkim niczem u klauna oraz zawalonymi zatokami, ale nie złamie mnie to o nienienie. O dobre samopoczucie dbają moje koleżanki, z którymi w poniedziałek podczas koncertu świątecznego brawurowo wykonałam świecką kolędę Last Christmas, i choć bez odsłuchu nie wiem jak wypadło, to odzew widowni nieśmiało pozwolił nam stwierdzić, że źle nie było (a dziś wyjątkowo wredna klasa powitała mnie gromkimi brawami, to było naprawdę miłe).
Czy wspominałam już, że nienawidzę zimy? Nie? Seriously? Szczerze nie cierpię, tak jak jesieni, przyszło mi pół roku spędzać w dolinie, trudno, podejście Polyanny odeszło wraz z nastoletnim wiekiem, nie przekuwam wszystkiego w cukierkową słodycz, jak jest ciemno, zimno i ślisko, a powrót do domu niemiłosiernie się wydłuża, jest mi źle i tyle!
Za to mam nową Chutnik, a "Szopka" Zośki Papużanki mniam. Bardzo.

niedziela, 2 grudnia 2012

ekspres

Niezależnie od tego, jak szybko mija tydzień, weekend zawsze ucieka jeszcze szybciej.
A ja już nie mogę się doczekać następnego weekendu, czy to zwiększa szansę na przybycie kolejnego piątku odrobinę szybciej?
Dzisiejszy obiad we włoskiej restauracji i domowa szarlotka ze śmietaną na deser nieco zrekompensowały mi to przenikliwe zimno za oknem, ale nie żebym się aż zaczęła cieszyć, wystarczyło mi tej radości na dobrotliwe skinienie głową. Nie mają ze mną lekko najbliźsi (acz w ramach postanowień adwentowych zadałam sobie maksymalne skupienie na cierpliwości wobec MOICH dzieci, bo w robocie staram się być profesjonalistką, i męża i pokochanie życia z całą stanowczością, choć dzisiejsza Ewangelia o końcu świata przetoczyłą mi całe stada ciarek po krzyżu).
I w zasadzie nabyłam już dziewięćdziesiąt procent świątecznych podarunków. Jestem z siebie w dziewięćdziesięciu procentach dumna!
Czas na podsumowujące weekend limoncello oraz zabójczą krzyżówkę z przekroju.

piątek, 30 listopada 2012

pospieszny

W poniedziałek mrugnęłam ze dwa razy i stał się wtorek. We wtorek, urobiona po pas, mrugnęłam, poutyskiwałam na odległy weekend i mrugnęłam i więcej dni nie pamiętam, i wtem zastał nas piątek, andrzejki, zabawa, hopla hopla, i znów nie wiem, kiedy stałam się typowym couch potato, zamiast wizyty składanej znajomo-rodzinie, wolałabym koc i kubek herbaty z imbirem (i kieliszek świeżutkiego limoncello, ofszę).
I nadal, mimo upływu tyyyylu lat, i tylu przeżytych wiosen i jesieni, zadziwia mnie, zdumiewa, wprawia w stupor i zostawia z szeroko otwartymi oczami (i szczęką) iż istnieje pora roku, podczas której wszystkie posiłki jadam po ciemku, śniadanie jeszcze, obiad i kolację już. Taka karma.

poniedziałek, 26 listopada 2012

poniedziałkowy spleen

Po weekendzie zakład pracy, a raczej jego dzielni uprawiacze, sieją nienawiścią, zieją jadem i ogólnie bez kija nie podchodź. Jeśli dołożymy do tego nadchodzącą kontrolę, dzień integracji, ligę klas, dzień patrona, andrzejki, mikołajki i dwie dyskoteki, a także dwie tury okresowych badań lekarskich i to wszystko w nadchodzących dniach, to wychodzi mieszanka wybuchowa. Należy do tego dodać zły przepływ informacji i wszędobylski chaos. Human resources naszego zakładu ciągnie na rezerwie generując poziom emocji godny szczytu w Brukseli. A wzajemna niechęć ukryta pod płaszczykiem grzecznych uśmiechów i dyplomatycznych dygnięć przejawia się tylko czasem soczystym przekleństwem wykrzyczanym w kąciku.
Do świąt pozostały zaledwie cztery tygodnie, a to oznacza, iż jutro powinna dotrzeć do mnie paczka z prezentami dla 90% obdarowywanych (księgarnia, a jakże), nie mam jedynie drobiazgów dla drobiazgu poniżej roczku sztuk trzy oraz zasadniczej treści dla męża i dzieci własnych. Ale jakoś temat ogarnęłam i w miarę na czas, jestem z siebie dumna.
Po bigosie na obiad strasznie chce mi się pić. Butelka wina by nie styknęła. A tu ani wina, ani butelki. Cóż począć, droga Gosiu, jeśli monopolowy za daleko?

sobota, 24 listopada 2012

srobota

Z jednej strony niebywale cieszy mnie, że listopad raczy nas tak długo dodatnią temperaturą i oszczędza tym samym codziennego porannego skrobania szyb (bo tam raz czy dwa da się znieść), bowiem każdy cieplejszy dzień, to dzień wygrany. Ale z drugiej, te mgły wiszące od świtu (którego, nota bene, nie widać) do zmierzchu (który okazuje się być całodobowym) i wdzierające się bezlitośnie przez uszy do rdzenia mózgu i ten zapach listopada, zapach zgnilizny, psiego spleśniałego łąjna, wilgoci, i te ciemności (wydaje się mi, że doświadczam od tygodni nocy polarnej), to wszystko sprawia, że odczucia mam ambiwalentne - nie marzę o zimie (nie, no, JESZCZE nie zgłupiałam), ale o jesieni chciałabym zapomnieć i co mi zrobicie.
Przyszły tydzień jawi mi się obowiązkami od rana do nocy (balik, dyskoteka dla maluchów, dyskoteka dla starszych, rada pedagogiczna, zespół samokształceniowy, aikido, korepetycje i to, co jeszcze się na tę agendę nie wpisało) i powoduje, że chętnie już dziś usiadłabym w kąciku miarowo kołysząc się na boki i pochlipując cichutko, ale mamy przecież sobotę, dom posprzątany, deser wymyślony i przygotowany przez dzieci skonsumowany, muszę w krótkim czasie naładować ten nadwątlony akumulator, żeby jakoś to przetrwać i już za tydzień napisać, że dałam radę zachowując zdrowie tak psychiczne, jak i fizyczne.
Póki co jednak oddam się radosnej nauce czytania a także powtórzę z córką zapis angielskich słówek, gdyż jej trója ze sprawdzianu wprawiła mnie w stupor nielekki.
ps. ni(e)jaka Edyta G., która w zeszłym tygodniu obeszła w Tajlandii z ukochanym okrągłe czterdzieste urodziny, mówiła dziś w telewizji śniadaniowej, iż ze swoim synem, rówieśnikiem Zosi, rozmawia w drodze do szkoły po francusku, a w powrotnej po angielsku. Nie wiem, ile kilometrów pokonują, ale ja poczułam, iż marnuję codziennie dwanaście (porannym szoferem jest ojciec, który mógłby ewentualnie podstawy hiszpańskiego dzieciom prezentować). Co robić, jak żyć, panie premierze?
ps2. oj no i jeszcze, bo mi się przypomniało. Frans dziś do mnie: a ty ćwiczysz brzuchami mięśnia? chyba będę musiała, gdyż w następnym zdaniu zasugerował daleko posunięty efekt procesu prokreacji, niesłusznie, niestety.

środa, 21 listopada 2012

stop

Zosi występ udany. STOP. Nie ogarniam roboty po chorobie. STOP. Ciasto na pierniki stoi od dwóch tygodni. STOP. Boli mnie gardło i wkurwia wisząca całymi dniami mgła. STOP. Za miesiąc potencjalnie świat się zatrzyma. STOP.
Marzę o spokojnym weekendzie. I żeby się zatrzymać. Stop.

czwartek, 8 listopada 2012

jedziemy!

Weekend jawi mi się podróżowo (nie mylić z różowo), udajemy się bowiem na południe tuż po Zosinym popisie, przed którym artystka w ogóle się ponoć nie denerwuje, bo nie ma przed czym, been there, done it. Lepiej tak, niżby miała laremid na sraczkę przyjmować. Jedziemy więc świętować urodziny pradziadka, zabieramy karton rogali świętomarcińskich (czy, jak mawia córka, marcinkowskich) i ahoj przygodo, uwielbiam spędzać osiem godzin z dwóch dni w aucie (NOT). Za to cieszy mnie podany mi pod nos obiad i to, że ktoś cierpliwie poćwiczy z nieletnim czytanie (choć znów, ja nie czytam za niego, tylko czekam, aż sam dobrze odczyta, babcia poprawia, on powtarza, nie wiem, czy to dobrze).
Zabrałam się za zmianę garderoby, sandały nam już się w tym roku nie przydadzą, jako i letnie sukienki, i choć z głębi serca wydziera się gwałtowny szloch, nie ma miejsca na sentymenty w mojej szafie, która kipi, a która oferuje jednocześnie tak niewiele...
W ogóle mam taki syndrom wicia gniazda, sprzątam, układam, przestawiam i mebluję, ogarniam (i nie) porządek w chałupie i gonię pozostałych. Szkoda, że bez znaczącego powodu, ale nie można, prawda, mieć wszystkiego.


środa, 7 listopada 2012

postanowienia

Wczorajszy wieczór spędziłam w kuchni topiąc, mieszając, zagniatając i upychając w miskach ciasto na pierniki, przeklinając soczyście tradycję. Kilka kolejnych kwadransów zajęło mi sprzątanie miejsca po przejściu tajfunu (ciasto robiłam z czterech kilogramów mąki, dwóch litrów miodu, czterech kostek smalcu, tuzina jaj i masy przypraw), ale rano przyjemnie było wejść do kuchni gotowej na zderzenie z listopadowym przygnębieniem. Które, oczywiście, gości w naszych progach, ale póki co nie rozlazło się na wszystkie izby i póki co nieco je hamuję (ile listopadów jeszcze będę jęczeć, że jest listopad, hę, ile można?), być może to kwestia początku miesiąca, pod koniec będę piała pieśń w tonacji bardziej moll.
Jak co roku zakładam również, a nawet idąc dalej i mocniej, PLANUJĘ w listopadzie nabyć prezenty gwiazdkowe i nie dam się sobie z siebie znów śmiać, a także obiecałam sobie, że przestaję zaglądać na blogi ziejące jadem, chorobą i nieszczęściem, bowiem moja rozbujana empatia zapędza mnie w taki kąt, że bez pomocy innych, ciężko mi się z niego wydostać. I dalej: jem więcej świeżyzny, ruszam się intensywniej, jestem zdrowsza i silniejsza, dlaczego nie robić postanowień jesienią!

wtorek, 6 listopada 2012

szkoła życia

Zosi przyszło samo. Znając litery, któregoś dnia po prostu zaczęła czytać, sama z siebie, bez niczyjej pomocy, zachęty czy nacisku, bez stresu i obowiązku, w zerówce, miała 6 lat z małym hakiem. Uwielbia.
Frans, jak wiadomo, poszedł bidula do szkoły znacznie wcześniej, nie posiadłszy jeszcze zadowalającej umiejętności syntezy, a ogarniając analizę, to znaczy: literki zna, umie głoskować, literować i rozkładać, ze składaniem jest kłopot. Wcześniej ćwiczyliśmy sylabiczne czytanie na świetnych książkach, nawet robił to chętnie, ale gdy przyszło co do czego, zaczęło się robić pod górkę.
Nie wiem, jak go nauczyć czytać. Jak widzę, że jako zadanie domowe ma się nauczyć ładnie czytać, to cierpnę. Dość boleśnie. Dość boleśnie też przebiega proces czytania. Mogę przy nim być, jak pisze, jak liczy, jak rysuje te pokraczne zwierzątka na angielski i jak kaleczy ich wymowę (chociaż mówi naprawdę ładnie), przy czytaniu natomiast wpadam w stupor, który szybciutko zmienia się w wirujący wkurw, bo jakże można nie umieć czytać (yes, call me a terrific mother). Nie wiem, czytać za niego, niech powtarza, czy cierpliwie czekać aż złoży te literki (bo składa, tylko bardzo powoli), i co to znaczy nauczyć się dobrze czytać? Dopuszczalne jest sylabizowanie (swoją drogą mam uczniów w szóstej klasie, któzy sylabizują, to dramat kompletny)? Co ze mnie za pedagog, jak dzieciaka czytać nie potrafię nauczyć?? I co za rodzic?

poniedziałek, 5 listopada 2012

kontrola, konsola, uff.

Rentgen kontrolny odkrył przed radiologiem czyste płuca, a mnie strącił z serca głaz (czy pisałam, że w pierwszej wersji miałam także w bonusie z zapaleniem płuc podejrzenie pylicy? Nie? To piszę. Jak dobry górnik na przodku. Jak solidny nauczyciel dziesięć lat z kredą w łapie przy tablicy. Grubo nierentownie).
Poflirtowałam nawet z lekarzem, który twierdzi, że pamięta mnie sprzed tygodnia, i że wyglądam dużo zdrowiej i lepiej (nie wiem, po cyckach mnie poznał, czy po muszej wadze, czy też po uroczym uśmiechu i kokieteryjnym proszę tak strzelać tę fotkę, żeby nic na tych płucach nie było, ostatnio się nie postaraliście i się znalazło).
Samopoczucie mi się znacznie polepszyło, a dowcip wyostrzył, i nawet stanęłam z synem w szranki na kinekcie (przegrałam z hukiem, czego należało się spodziewać, a pot ciekł mi po tyłku strumieniami), energii mi przybywa, mam 4 sezony Modern Family, kilka odcinków The Big Bang Theory, wspomnienia Moniki Żeromskiej i Szopkę Zośki  Papużanki i nie zawacham się ich użyć, oczekując na kolejne części niedoścignionego Downton Abbey.
Wraca normalność, o której marzyłam.
Dzięki Bogu.

niedziela, 4 listopada 2012

konsola

Pewnej zeszłotygodniowej nocy gorączkowo odświeżałam pewną popularną stronę z serwisem aukcyjnym. Postanowiliśmy bowiem umilić dzieciom (i SOBIE) tę parszywą jesienno-zimową aurę i nabyć konsolę do gry, która działa, gdy rusza się ciałem. Aukcję wygraliśmy (ach ta adrenalina w okolicach północy), paczka zjawiła się w piątek, przeczekaliśmy do wieczora, coby sprawdzić, czy nowoczesna konsola współpracuje z przedpotopowym telewizorem z wielgachnym pudłem od dupy strony, i żeby zaoszczędzić im ewentualnej goryczy, że  sprzęt stoi i się kurzy, a starzy szukają obiektów do opylenia na allegro, żeby uskładać na nowy telewizor.
Szczęśliwie zaiskrzyło między nowoczesnością, a hmm, jakby to ująć, tradycją...
I dziś sytuacja wygląda tak: rano jest kłótnia, które pierwsze zagra swoje na wiolonczeli/skrzypcach, bo zgodnie z zasadą, ile na instrumencie, tyle przed konsolą. Razem muzykować nie mogą, bo mamusia by zeszła szybciej, niż zaplanowano, więc zamieniają się: jedno przeprowadza poranne ablucje, drugie czyta nuty, drugie brzdęka pizzicato, jedno ścieli łóżko i dobiera garderobę. Harmonijnie. Celują nawet w handlowaniu ugranymi minutami: Zosia, oddam Ci kwadransik, będziemy grać godzinę!. Mamo, a jak tata gra z nami, to leci z naszego czasu? Zaoszczędziliśmy z wczoraj trzy minuty, dziś wybieramy.
Teraz szukam gier dla matki, poluję na jogi, taniec i wygibasy, czas rozruszać członki, wracam do formy.
Chociaż portki mi z tyłka lecą po tej chorobie.


czwartek, 1 listopada 2012

tematycznie

Analizując dogłębnie treści mojego bloga, spokojnie gdybym miała ambicje i chęci, a nie mam, zgłoszenia go w konkursie na bloga roku, dekady czy miesiąca, to swobodnie mógłby być blogiem tematycznym. Ciągle bowiem piszę o chorowaniu. Nie wiem, czyśmy tacy naznaczeni, czy wybitnie pechowi, czy też może zbyt przewrażliwieni (a kto wie, prawdowpodobnie wszystko na raz), zauważyłam jednak, że koncentruję się na cho(le)rowaniu, nie rozpisując się na temat sukcesów (na przykład nagrody dyrektora, którą otrzymałam dwa lata pod rząd, i który to sukces moja teściowa zapewne żartobliwie skomentowała "to już nie ma komu tych nagród przyznawać?"), porażek (Zosia nie zdobyła nagrody na konkursie gam i płakałam razem z nią, bo uważam, że powinna była), radości (Franio dostał szóstkę ze sprawdzianu, coraz ładniej pisze, jak na sześciolatka leworęcznego do tego, liczy biegle i na kształceniu słuchu też radzi sobie dobrze, a to już naprawdę wyższa szkoła jazdy) i lęków (będąc od ponad dwóch tygodni nieprzydatnym i niewspółpracującym członkiem rodziny, lęków przybywa z każdą sekundą, łzy leją się strumieniami, wszystko uwiera i źle wygląda zza chusteczki).
Od dziś pracuję nad różnorodnością tematów. Tak mi dopomóż.

środa, 31 października 2012

wyniki

-Jak na zdrową, robicie wokół mnie ciut za dużo zamieszania. Czuję się doskonale, dziękuję. Lekarz nieco skonfudowany zlecił jednak szereg badań krwi, osłuchał, orzekł, że zapalenie płuc nie ma się lepiej, więc dopisał torbę leków, i kazał upuścić trzy fiolki (pielęgniarz dał się wciągnąć w rozmowę o upuszczaniu krwi i jego wpływie na łagodnienie narowistego charakteru, jest dla mnie nadzieja), i czekać. Po godzinie uśmiechnięty powiedział, że źle nie jest, a wyniki rokują. Pożyję (bo wyobraźnia podsuwała mi białaczki, szpiczaki i inne nowotwory). Tata uderza do mojego rozsądku, dziecko, rzecze, weź się wstrzymaj, kwiaty w tym czasookresie są drogie jednakowoż, nie umieraj. To się wzięłam. Kontrola w poniedziałek. Mam się oszczędzać i dobrze odżywiać, jasne. Garści leków skutecznie zapychają żołądek.
Reasumując, nie było mi w tym szpitalu do śmiechu ani przez moment, nie byłam specjalnie rozmowna, oprócz sytuacji z lekarzem i pielęgniarzem, tam zagrałam po całości kozacko, cały szpitalny zgiełk wybitnie mi nie służy, ale komu służył kiedykolwiek? (to znaczy, moja babcia na przykład lubiła do szpitala chodzić, miała kumpelki i kompleksową opiekę, ale miała też koło 90 lat, mieszkała w mieście powiatowym, w którym znała lekarzy i pielęgniarki i każdego żyjącego siedemdziesięciolatka plus, także dla niej było to wydarzenie towarzyskie). Ulżyło mi nieco. Mam tydzień z hakiem na wypionowanie się totalne. Do dzieła, dziewczyno.

wtorek, 30 października 2012

hallowe'en

Muszę upuścić sobie trochę, bo nie zwytrzymię (jak mawiali moi podopieczni w świetlicy terapeutycznej, w której wolontariatowałam kilka lat temu).
U Zosi w szkole miał się odbyć bal. I wycofał się organizator, szkoła poprosiła rodziców o kontakty. I się zaczęło, gdyż ktoś pomylił daty i potencjalny organizator wyprodukował program halloweenowy. Program zakładał malowanie twarzy, tańce, strachy na lachy i doskonałą zabawę. Szczegółów naprawdę nie pamiętam, ale brzmiało to wszystko bardzo sympatycznie. Forum jednakowoż zatrzęsło się w posadach. Ułaskawiać ZŁE duchy? Pozwalać pędrakom na kultywowanie pogańskich uciech? Nie tak chowamy nasze dzieci, nie w takim kierunku, nie popieramy, protestujemy, nasze dzieci brać w tym udziału nie będą.
Nie, no rozbawiło mnie to trochę, bo mimo wychowania dzieci w duchu katolickim, nie zamknę im oczu i nie zabiję chęci zabawy. A we Wszystkich Świętych, wedle polskiej tradycji, pójdziemy w zadumie ale i wesoło wspominać bliskich nad ich grobami (albo i nie pójdziemy, bo nam zdrowie przeszkodzi, lub raczej jego brak). Nie wspominając, że choinka to też pogański obrządek.
Bal okazał się być andrzejkowym, co niektórym rodzicom też nie wpisuje się w ich idee (my nie wróżymy, nie obchodzimy, bla bla bla), sfory zażegnane jednym zgabnym mailem rozsądnej mamy, by nie roztrząsać kwestii religijnych, ale nic mnie nie dziwi bardziej niż przesada.
A Was?

...............

kilka godzin później, kilka ataków serca później, Zosia wraca od lekarza z tarczą, jest lepiej, rtg not this time, milady, kamień, który spadł mi z narządu mógłby być podwaliną pod Downton Abbey przynajmniej. Nie ma większego lęku niż o własne dziecko. Nie ma.

show must go on

Po porannej dawce łez i wzruszenia (odkryłam posty, których wcześniej nie widziałam, posty do Syna, rezolutnego siedmiolatka, który nie ma już mamy), muszę wstać, zabrać się za siebie, wziąć wszystkie wziewy, tabletki i osłonowce i zdrowieć.
Przygód ze służbą zdrowia to jeszcze nie koniec: dziś do kontroli stawi się Zosia, u której też tydzień temu podejrzewano zapalenie płuc, i która czuje się dobrze, choć ciągle jeszcze kaszle. Ale ona czuła się dobrze cały czas.
Jutro mam się stawić na izbie przyjęć, w celu dogłębnej analizy przyczyn i przebiegu choroby, przefiltrują mi krew, może zrobią spirometrię, moja bujna wyobraźnia podsuwa sto jeden scenariuszy, jeden gorszy od drugiego, próbuję myśleć pozytywnie na temat dzisiaj i jutro, ale czasem się nie da, po prostu się nie da.

poniedziałek, 29 października 2012

bajki dziś nie będzie na pewno

Nie poznałam Jej osobiście, a jedynie na ekranie. Jak jednak na taką znajomość, poczyniła wiele zmian w moich ustawieniach.
No i chyba też tu zaglądała.
Jak tu nie ryczeć, gdy łzy spod powiek ciurkiem ciekną same.
Oby było Ci dobrze, tam gdzie jesteś, Joanko. A pewnie jesteś wszędzie.

chcecie bajki?

To niestety trzeba przejść na inną stronę.
Moje zapalenie oskrzeli przeszło w zapalenie płuc. Mimo, że czuję się lepiej, że leżałam do wczoraj plackiem, że brałam antybiotyk (a może cholera wzięłam niepotrzebnie, osłabiłam i dałam szansę na dalszą ekspansję?).
Nie wiem, co robię źle, ale kara mnie niewspółmiernie.
Jak chorować, to po całości, prawda.
Nie. Nie jest mi dziś absolutnie do śmiechu, jadę się wieczorem skonsultować z zaufanym lekarzem. Bardzo się boję.

niedziela, 28 października 2012

czas

Ponieważ okolicę naszego domu ominęło to niebywale piękne białe gówno lecące z nieba, nie zostawiło po sobie żadnego śladu jeszcze, a do tego słońce od rana grzało pracowicie, mąż w okolicy południa rzekł: basta, bluza, kurtka, szal i czapka i wyleź na dwór, cobyś kolorów nabrała, kobieto, niechby tylko rumieńców od zamarzania. I poszliśmy. Zarzuciłam nawet aparat na ramię, ale relacja będzie, jak się sprzęty dogadają, bo odmawiają współpracy, ten mój laptop kulawy i aparat, jak pies z kotem. 
Zdarzyło mi się w ogóle pierwszy raz w życiu, że zapomniałam o zmianie czasu, mąż wstał, pokornie prawie na czas zjawił się w pustym kościele, zwątpił, zawrócił, ale nawet wtedy nie pomyślał, w domu zły zaczął wspominać, że nic na ostatniej mszy ksiądz nie mówił, ale znów, umówmy się, on specjalnie ogłoszeń nie słucha, może coś się zmieniło. I nadal NIC. Dopiero po śniadaniu, gdy w galopie myśli próbowaliśmy dojść do przyczyn porannego nieładu, radio nam podrzuciło. Co nie przeszkodziło mężowi utyskiwać na duszpasterza, który nie wyszedł na przeciw oczekiwaniom wiernych (ok, jednego wiernego). 
Zapominam, gubię i mylę. To wszystko zapewne skutek grypy, a moje niepowodzenia znalazły właśnie swe usprawiedliwienie na kilka kolejnych miesięcy. 
Napiłabym się wina, butelka od dwóch tygodni dumnie pręży pierś na parapecie, a ja co, no, na antybiotyku się nie zaleca. Kilka dni jeszcze i butelka dokona żywota. 
A u Was jak? Śniegi stopniały?

sobota, 27 października 2012

parszywie

Październik obfituje u nas w rodzinne wydarzenia: urodziny syna, urodziny teściowej, imieniny teściowej. Dzień po dniu. Gęsto. Grubo. Telefonicznie. Kablowo. I może lepiej, że tylko przez łącza światłowodowe, te bowiem nie przenoszą wirusów.
Albowiem wczorajsze lepsze samopoczucie gdzieś się zawieruszyło, szumi mi w uszach, kaszel dusi, drzemki urządzam sobie tu i tam i jeszcze tu, gdziekolwiek przysiądę, nie zdecydowałam się na przeobleczenie z bielizny nocnej na dzienną, koafiura również adekwatna, czyli bardzo przedwczorajsza. I wybierz się dziś do teściowej na imieniny w tym stanie. Lepiej jednakowoż zadzwonię.
I ten śnieg za oknem, mój Boże, październiku, weź się w garść!

piątek, 26 października 2012

Downton Abbey

Moje przedłużające się zwolnienie, powoduje nagły przypływ twórczej mocy, chęci przelania na ekran, tego, co obecnie w mojej głowie siedzi, i muszę sę z Wami podzielić moimi refleksjami na temat ulubionego ostatnio serialu (no bo ile można o duszącym kaszlu). O Downton Abbey będzie, o tym, że Cloudy widzi w kuzynie Matthew młodego Lisa i tak, ten obraz już zostaje, nie odwidzę tego, nie da się, że Lady Violet jest obłędną starszą panią i tak bardzo przypomina mi moją babcię, są charakterologicznymi bliźniaczkami, nawet mimikę mają podobną, to niebywałe, Lavinia wygląda identycznie, jak moja przyjaciółka z młodości, z którą szalałyśmy w młodzieżowym periodyku, a która zrobiła w Anglii doktorat z anglistyki i włada  językiem Szekspira nie gorzej od niejednej Brytyjki, Lady Edith jako żywo przypomina mi Cashew, którą znam jedynie z fotek Zuzanki i z kilkunastu blipnięć. Uwielbiam Annę Smith i Mr Batesa, ze smaczkiem podglądam ówczesne konwenanse, jest to piękny serial, wzruszający i zabawny, nie sądziłam, że tak mnie pochłonie.
Tak, zaczynam ten weekend, kolejny już zresztą, bez mopa w łapie i z niewysprzątanymi łazienkami.
I mam to gdzieś...

I feel good, tralalalalalala.

No nic, musi być, idzie lepsze, dziś nabrałam ochoty na kawę i wypiłam ją ze smakiem!
Mam już wszystkich w domu, magiczne słowo "piątek" brzmi w uszach kojąco, uwielbiam piątkowe popołudnia z ich perspektywami, szczególnie biorąc pod uwagę, że czuję się coraz lepiej i od dwóch dni nie mierzę sobie temperatury.
Nie będę ukrywać, że do mojej rekonwalescencji znacząco przyczynił się wczoraj mąż, który potajemnie wyjął z paczkomatu przesyłkę z McDusią i Szopką, tę łągodniejszą łyknęłam jak gajor, na dwa posiedzenia, Zośki jednak się nie da, tam smakują frazy, tam grają słowa, tworzą harmonijne trójdźwięki, dozuję ją sobie powoli.
I jeszcze Downton Abbey, już się martwię, co zrobię, gdy się skończy drugi sezon, czy znów dam się rozpieścić amazonowskiemu biuru obługi klienta? (i tak, owszem, powinni się od nich nasi sprzedawcy z merlina uczyć!).
Myślcie o Asi. Myślcie o Janku i Piotrze i Babci B.
Ja myślę nieustannie.

czwartek, 25 października 2012

my tu gadu gadu

o zdrowiu, a raczej jego braku, o kaszlu i gorączce.
Zosia kaszle zdawkowo, tym trudniej mi przyjąć tę alarmującą diagnozę. Mam nadzieję, że będzie szło ku lepszemu, sama też czuję się już lepiej.
Ale znów: my tu gada gadu, a syn nasz kończy właśnie sześć lat!
Co roku ze łzami trwogi wspominam tamtą noc i kolejny wieczór, z każdym rokiem pamiętając dokładnie ten sam strach, nic nie chce się zatrzeć w mojej pamięci, ale cóż to, liczy się efekt końcowy: Franek jest absolutnym ulubieńcem wszystkich kobiet wokół niego. Uwielbiają go nauczycielki, jego urocze spojrzenie topi lody najtwardszych twardzieli.
Wszystkiego najlepszego, Synku.

Krankenhaus

Jak nie urok, to sraczka, jak mawiają, więc w sumie moje chorowanie chowa się w cień, mimo swej spektakularności, oto bowiem Zosia, chorująca na tradycyjne w tym okresie zapalenie oskrzeli, po tygodniu przyjmowania antybiotyku objawiła brzydki bardzo obraz osłuchowy, dostała nowy, silniejszy drag, wziewy i osłonowe i zaproszenie na kontrolę we wtorek, bo być może trzeba będzie strzelić fotkę, być może to jednak nie tylko zapalenie oskrzeli.
Wiecie, to nie wspomaga zdrowienia. Jestem kłębkiem nerwów, drżę, boli mnie żołądek i nie wiem, czy to od leków garściami pochłanianych, czy od pospolitej nerwicy.
A ona, ostoja, na oko (i na dwa oczy też) zdrowa, uśmiecha się łagodnie i pokasłuje co kilka minut, doprawdy sądziłam, iż kontrola mnie uspokoi, nic bardziej mylnego.
Nie wiem, czy to źle dobrany antybiotyk, czy może w ogóle go podanie, czy moja grypa w gratisie, nie wiem, dlaczego tak to się wszystko poturlało zupełnie nie po naszej myśli.
Myślcie o nas ciepło.

środa, 24 października 2012

ciąg dalszy nastąpił

Ha, no to mam.
Moja grypa postanowiła pokazać mi, że jak już mnie złapała raz na tę dekadę czy dwie, to nie ustąpi łatwo i zlazła na oskrzela.
Mam antybiotyk, kolejny tydzień w łóżku, osłabienie, męża na szkoleniu i dwoje dzieci w domu w bonusie, bo nie zaryzykowałam prowadzenia pojazdu mechanicznego w moim stanie.
Do tego mój tato objawił identyczne symptomy grypy, cholera jedna postanowiła popanoszyć się po moim drzewie genealogicznym. A dwa razy śniły mi się brudne zęby w zeszłym tygodniu, jak tu nie ufać sennikom.
Całe szczęście mam chwilami ciut więcej cierpliwości i mogę poczytać lub oko zawiesić na czymś w telewizji, ale niekoniecznie cokolwiek więcej. Zrobienie herbaty to już wysiłek, o wyjęciu szklanki z szafki nie wspominając.
Oddalę się w kierunku łazienki, by stopniowo dokonać porannej toalety.

poniedziałek, 22 października 2012

sponsorem dzisiejszego posta będzie grypa

Nie chwaląc dnia przed zachodem słońca (choć precyzyjniej byłoby dodać, że i przed wschodem, gdyż spośród mgieł gęsto zasnuwających horyzont, słońce nie wychyliło swego oblicza od dwóch dni), chyba drgnęło ku lepszemu. Chociaż dziś niemal zemdlałam z braku sił po zejściu kilku stopni i odstawieniu trzech pustych szklanek w okolicach zmywarki, ledwo doszłam do łóżka, a w drodze na mych oczętach pojawiały się malownicze czarne groszki. Znam to uczucie, miałam to tuż po porodzie. Czyli moja grypa, najdłuższa grypa nowoczesnej Europy, wysiłkiem przypomina poród.
Nikt w naszej rodzinie dotychczas nie chorował tak spektakularnie i długo, chociaż teraz przypomniało mi się pierwsze zapalenie oskrzeli u Zosi, też było widowiskowe (i zaczęło się od wielobarwnego, wielokrotnego pawia). Schudłam pewnie kilka kilo, bo jem wyłącznie z rozsądku i błagalnego wzroku męża, za to powoli wychodzi nam herbata, której popijam wiadra całe, zapijając wodą.
Swoją drogą, słowo bezsilność nabrało dla mnie nowego zupełnie znaczenia. Jak długo dochodzi się do siebie po grypie?
Chwilami nie mam nawet ochoty na czytanie, a to objaw wybitnie zatrważający. Co więcej, Downton Abbey  nie nadrobiłam, nawet z prasą nie jestem na bieżąco, komputer włączam co trzeci dzień. Wuj google twierdzi, iż grypa trwa siedem dni, czekam więc jeszcze dobę, a później sam nie wiem co.

środa, 3 października 2012

masowa mogiła

Dzień od kilku dni był zaplanowany niezwykle. I gdyby nie opór wsród młodszych, byłoby nawet sympatycznie. Wypadła mi dziś jedna lekcja, zaczynałam więc w południe, zaproponowałam dzieciom osobistym wagary i już był kłopot i sprzeciw (do czego doszło, żeby dzieci do wagarów NAMAWIAĆ). Dzień wolniejszy mogę usprawiedliwić tym, iż moje dzieci miały dotychczas stuprocentową frekwencję, a ja skołatane nerwy i okrutną niechęć do wstawania o 6 rano. Postawiłam więc ultimatum: wagary albo żadnego aikido i zostały w domu (dodajmy, że sprzeciwiała się prymuska, prymus i tak ma zapalenie krtani i kaszle nieprzeciętnie). Następnie sprzeciwiły się sprzątaniu, ćwiczeniom i odkurzaniu, ale jazda zaczęła się póżniej, bo mimo próśb o zaprzestanie biegania, wyrżnął czółkiem w kant schodka i już nas widziałam na izbie przyjęć, acz skończyło się zaledwie śliwą nad okiem (bardzo było niedaleko od rodzinnej bijatyki, oprócz łba obitego miałby też dupsko, no ale przyciskałam zęby i ręce do kadłuba, żeby nie użyć, ulżyłam sobie słowem i strunami głosowymi, nie żeby mi to pomogło cokolwiek). Dom po powrocie zastaliśmy nakrapiany. Na kremowym tynku zamieszkały setki, jeśli nie tysiące biedronek, co gorsza te cholerne, śmierdzące france przez rozszczelnione okna wlazły do sypialni, przed dokonaniem egzekucji naliczyłam 76 sztuk na oknach, które po masowym mordzie wymagają natychmiastowej interwencji perfekcyjnej pani domu.
Mąż wraca jutro, mam nadzieję z moją harmonią i spokojem. I środkiem na biedronki.

wtorek, 2 października 2012

roller

Nastrój, jak na kolejce górskiej, teraz akurat równia pochyła stromiutko w dół, mąż za kanałem, syn tradycyjnie kaszle prosto z krtani, córka niepokorna ma kłopoty z wypełnianiem obowiązków, moje leniwe członki odmawiają wstawienia kolenego cyklu bawełna 50 stopni, bez wstępnego (w przeciwieństwie do zimno), 800 obrotów wirowania.
Wracam do domu tuż przed zmrokiem, z trudem znajdując czas na rower w słoneczne popołudnie, obiad jemy w porze wczesnej kolacji, zadania domowe, wiolonczela, skrzypce, prysznic, lektura, 21.30, dziecko, SPAĆ!!!
Ale od narzekania czasu nie przybędzie, a wręcz przeciwnie, więc moje niezorganizowanie ma szanse osiągnąć szczyt, gdyż narzekać nie przestanę.
I nie jest to narzekanie na szkołę, nadmiar obowiązków czy postawę moich dzieci. Nie, to narzekanie na coś znacznie okropniejszego: za krótką dobę, za krótkie lato, za krótki paznokcie.
Weź się w garść, do cholery, Małgorzato!

wtorek, 25 września 2012

I follow rivers.

Aikido i ofszę, moje dzieci trenuje moja uczennica, dorosła kobieta, dodam, mój Boże, ujrzałam pierwszy siwy włos na mojej skroni (i tak, sponsorem pierwszego zdania był zaimek "mój").
W pracy młyn, w domu zawierucha, ale przeszły mi nerwy, o dzięki wam, hormony, za dwa tygodnie względnego spokoju w miesiącu, zapewne dziękują wam także moje słodkie dzieciątka wraz z małżonkiem, ale, wracając do meritum, w ogrodzie też bałagan i gruz i wykopki, a w tym wszystkim chrzest pewnego Malca, którego miałam zaszczyt zostać mamą chrzestną. Nie będę tu truć banałów, ale muszę to podkreślić. Wzrusza mnie niezmiennie, że ktoś w ogóle bierze mnie pod uwagę, mnie - trzpiotkę, choleryczkę, rozchwianą i rozwrzeszczaną małolatę, i powierza mi swoje dziecko w opiekę, i nie zmienia mojego zadziwienia i radości nawet fakt, że to mój trzeci chrześniak, za każdym razem łzy leją mi się po polikach jednakowo rwącym potokiem.
Pojechaliśmy zatem na południe i ochrzciliśmy Malca, ja rozparta dumą, i reszta, ucieszona wyjazdem.
A młyn w pracy, zawierucha w domu i wykopki w ogrodzie są tylko przejściowym etapem i zapewne wiosna nastąpi niebawem!

środa, 19 września 2012

aikido

Nerw mną kieruje bezustannie, dziękuję (thank you, but no thank you). Drę się jak opętana, z równowagi wyprowadza mnie poranny deszcz i popołudniowy chłód.
Ale.
Postanowiłam się, a raczej dzieci, usportowić, i oto za kwadrans wyruszamy na pierwszy trening aikido. Wydarzenie jest bezprecedensowym, gdyż oto (w ramach wstydliwych wyznań) ujawniam, iż nigdy wcześniej nie zapisałam dzieci na żadne zajęcia dodatkowe. Żadnego angielskiego, tańców ani piłki nożnej. Tenisa też. Ani kursu kaligrafii. Po przedszkolu wracały karnie do domu, po szkole też. Ale że szkoła oprócz szeroko pojętej muzyki niewiele oferuje (ze sportami w ogóle porażka), musimy działać sami.
Nadejszła zatem wiekopomna chwila.
Jedziemy.

niedziela, 16 września 2012

sunday noon

Dziecięca infekcja zmogła mnie do tego stopnia, iż dziś jestem w stanie jedynie przewracać się z boku na bok  i przekładać kołdrę, trzymając w ręce kindla (każda książka jest dziś za ciężka), załadowanego angielskimi czytadłami Jane Green i Jill Mansell, idealnymi w tych okolicznościach. A to zaledwie katar i koszmarny ból gardła. Jedyna podjęta aktywność to obleczenie się w gruby szlafrok i przygotowanie sobie, piętro poniżej sypialni (a zejście po schodach skończyło się zadyszką) śniadania i wiaderka herbaty z cytryną i miodem oraz zmiana płyty dvd z Pana Kleksa, obejrzanego z rana przez nielaty na Garfielda oglądanego do południa (nielaty też dziś piżamowo). A w planach jeszcze Amelia i inne klasyki.
Dusi mnie ten wrzesień z wielu powodów.

sobota, 15 września 2012

Miss Hide

Nie twierdziłam nigdy, że jestem całkiem tradycyjnie NORMALNA, toczą mnie wymiennie trzy pmsy, premenstrual(ny) postmenstrual(ny) i pieprzonyśródmenstrual(ny). Wsztystkie także monstrualneNerwy mną targają, wydzieram się na własne dzieci niczym trąba jerychońska, w szkole trzymam wszystko na wodzy, wszak staram sie być profesjonalistką, ale już w domu przeczołguję wszystkich dotkliwie. Zosia nie ułatwia mi codzienności, będąc jednostką wybitnie nieposłuszną, acz nie złośliwą, zaledwie bujającą w obłokach i niereagującą na absolutnie żadne prośby, typu "zdejmij mundurek", "zabierz tę książkę ze stołu", "schowaj ubrania do szafy", jest osobą, której skrajnie nie wychodzi utrzymanie porządku, w związku z tym od siedmiu (!!!!!!!) godzin siedzi w pokoju i próbuje doprowadzić do ładu biurko! (ok, byliśmy na półgodzinnym spacerze w międzyczasie). Poddawana permanentnym karom i szlabanom, ustawicznie trwa przy swoim.
Dwa tygodnie roku szkolnego pozbawiło mnie starannie pielęgnowanego zen, jestem niewyspana, nienadążająca, głodna po powrocie z pracy i bez obiadu, bez czasu na książkę, usypiająca przy trzecim zdaniu.
Franio w szkole radzi sobie świetnie. Jest samodzielny, choć ciut jeszcze zagubiony, zbiera pochwały, szóstki i plusy (no i minus od koszmarnej pani od angielskiego, która na pierwszch kilku zajęciach postanowiła wytresować maluchy dając kilka smutnych minek i minusów w bonusie, podobno JUŻ nikt się nie odzywa, ciekawe dlaczego i ciekawe jak to wpłynie na zaineteresowanie przedmiotem, rzadko kalam własne gniazdo, ale durna cipa z tej baby, z przykrościa muszę stwierdzić po KILKU jej występach), nie może doczekać się gry na skrzypcach, jest radosny i zadowolony, to strąca mi wielki kamień z serca. Zosia w szkole też super, pisze pięknie, and I mean pięknie, czyta lepiej niż niejeden szóstoklasista i lubi!!! Sprawdziany pisze doskonale, ma dziesiątki kolegów i dwie koleżanki i także jest chwalona, moja kochana Miss Jekyll, prawda.
Dziś, w dodatku, przejęłam wirusa, którego już po tygodniu pobytu w placówce przytargały dzieci i z opuchniętym nosem, spierzchniętymi ustami i kluchą w gardle, zmarznięta i obolała spędziłam w kuchni czas adekwatny do czasu sprzątania Zośki i przygotowywałam obiadów na cały tydzień, teraz je jedynie zamrożę i będę miała łatwiej.
Czas napalić w kominku (i otworzyć wino).

czwartek, 13 września 2012

.

I co, że rok szkolny, że gonitwa, że pośpiech, że bałagan i sił nie ma.
I co, że katar i kaszel nas dopadł w drugim tygodniu szkoły.
I co, że z powodu niesłowności mojego brata nie mogę pojechać na świetną wycieczkę.
Wszystko to przestaje mieć znaczenie, gdy Ktoś cierpi.
Myślcie o Chustce, ciepło i mocno. Cały czas.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Zakochani w Rzymie

To Rome with love, do kin z prędkością światła.
Różne wątki różnej jakości, ale śmiechu po pachy. No i Italia (z kina, oprócz szerokiego uśmiechu na gębie wyniosłam silne postanowienie nauczenia się włoskiego, co niniejszym upubliczniam, żeby nie było łatwo się wycofać okrakiem).
Krytycy pastwią się nad Allenem, ja jednak, drodzy państwo, nie żałuję, co tylko potwierdza, że krytykiem być bym nie mogła. A film zapewne obejrzę wielokrotnie.
Dziadek ma się odrobinę lepiej, nieszwagierka też weselsza, pogodziłam się z budzikiem, dzieci u babci i znów będę czekać na piątki.
Do pracy, kochani, wracam do pracy.

środa, 29 sierpnia 2012

szpital

Trzysta kilometrów stąd, na południu, w dwóch różnych szpitalach, na dwóch niewygodnych łóżkach leżą dwie osoby.
Dziadka zabrało w nocy pogotowie. Dziadka, który jest królem życia, choć ostatnio słabszy, zawsze ucieszony, zawsze dobrej myśli, zawsze wspierający. Bardzo się boję.
Nieszwagierka z podejrzeniem łuszczycy stawowej poddaje się diagnostyce. Słabsza, bez energii, czeka na decyzje.
Źle kończy się to lato.


inwazja muszek owocówek

Co robi kobieta, pragnąca białego wina, w którym pływa wielodzietna wielopokoleniowa rodzina muszek owocówek? Używa drobnego sitka.
Doprawdy bowiem. Zaatakowały nas na koniec lata, nie odstrasza ich nic, żadne płytki przeciwowadzie, moskitiery, łapki i wkurw gospodarzy. Zostaje więc sitko.
Jutro idę do pracy. Posiedzenia rady pedagogicznej, zapewniam, do miłych nie należą, szczególnie analityczne spotkania, trwające do pięciu, sześciu godzin, po których trudno ruszyć dupsko z krzesła, po których pojawiają się odciski, a pięści drżą od zaciskania z nerwów i niecierpliwości. Także nic godnego zazdroszczenia.
W celu zapewnienia sobie bezstresowego powrotu do pracy po przedłużającym się urlopie, wysłałam dzieci do mamy, męża na dwadzieścia cztery godziny do pracy i cała będąc oczekiwaniem, zalegnę za chwilę na kanapie z Blondynką, która jest lekturą wielokroć kanciatą, i w kształcie, niemal osiemset stron w twardej oprawie, i w treści, poruszając każdy mój nerw i uderzając każdą emocję.
Lato wybitnie czytelnicze. Trudno mi wyliczyć tegoroczne pozycje, będzie ich dobrze z tuzin, lubię to.

wtorek, 28 sierpnia 2012

krakowskim targiem

Jako, że powinnam wziąć się do pracy, and I mean PRACY, PRACY, takiej prawdziwej zawodowej, od kilkunastu godzin usiłuję bezskutecznie założyć konto na ebayu, zrobiłam zakupy na amazonie, nadwyrężając nieco stan środków na karcie kredytowej, przeanalizowałam dogłębnie Wasze, drodzy państwo, blogi, oraz facebooka do siódmego pokolenia wstecz. Dość łatwo sformułować wniosek, iż excela jeszcze nie otworzyłam.
Co mnie nie urzekło w Krakowie? Chyba to, że been there, done this, już to gdzieś widziałam, kiedyś Kraków był perełką, teraz, i tu uwaga, będę może niepopularna, Warszawa ma się lepiej, zaskakuje częściej, urzeka dosadniej (i piszę to z perspektywy turysty, a nie korpomróweczki, celebryty, polityka czy whoever).
Poszwędaliśmy się tam i ówdzie, Starówka, Kazimierz, Kleparz, Kopiec, Wawel, smok, Czuły Barbarzyńca, w tę i z powrotem, pieszo i tramwajem, w pięknej pogodzie sprzyjającej się_wałęsaniu. Trzy dni i dziesiątki kilometrów, Wisła wzdłuż i w poprzek, no i co poradzę, że to już nie to? Nie wiem. Trawa cokolwiek zaniedbana (to już w Poznaniu lepsza), sprzedawcy na Kleparzu opryskliwi (może trafiłam na pełnię albo nów, może), gałki lodów mikrusie, łóżka w hostelu pozarywane.
Za to towarzystwo doborowe, dzieci na kilkunastogodzinne szwędanie się po mieście w celu znalezienia uroczych miejsc też się nadają.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Krakowski spleen

Ciągle nie mogę podnieść tej wajchy, która mnie blokuje, a, do diaska!, za tydzień będę już popitalać na znanych szlakach: dom - szkoła - praca - szkoła - sklep - dom. Ale te historie i wakacyjne wspomnienia tkwią we mnie, w głowie wiruje mi kalejdoskop obrazów z wakacji.
I wracam do zdjęć co rusz. Niech przemówią, bo słowotok uprawiam ostatnio jedynie w realu.
Kraków:
Sukiennice inside out

Świetny plac zabaw.
Zgadnijcie, kto okupuje szczyt.

Z Rynku

Z Wawelu

Z kładki (nie mylić z kłódką)
  z wieczora

z Piwnicy

z Zakrzówka

Czy Kraków mnie zachwycił? Nie, otóż.
Acz było nam bardzo przyjemnie.


The best has yet to come. Stay tuned.

piątek, 24 sierpnia 2012

jeszcze chwilę

Mam to w głowie. Wiem, co chcę napisać i które soczyste fragmenty okrasić jeszcze bardziej soczystymi fotkami. Chcę napisać o wakacjach, bo były spektakularne. Chcę napisać o smutnej historii, która powtarza się, mimo że bohaterów tej fabuły dzieli pokolenie. Chcę napisać o firankach szydełkowych na okna w kuchni, i o szafach, i komodach, i regale w salonie, które mają się tu znaleźć tej jesieni. I jeszcze o tym, że najbliźsi zmagają się ze stosami ksiąg i książek i o tym, jak bardzo o nich myślę. I o tych, których toczy choroba.
I napiszę.
Za chwilę.
Mam to w głowie.

piątek, 3 sierpnia 2012

I wanna dance with somebody.

Tydzień bez dzieci zaowocował u mnie ochotą na taniec. Potrzeba mi góra dwóch taktów i śmigam po domu w podskokach, nie męczy mnie upał, nie denerwuje nadchodzący deszcz, nie przeraża pakowanie, planuję nawet poprasować. Jednakowoż muszę wziąć pod uwagę inne czynniki, mogące mieć wpływ na ten wzrost formy: miesiąc wakacji i wylegiwania się w łóżku do której chcę, powolne docieranie faktu, że naprawdę udało mi się skończyć te studia w terminie i póki co mam wszystkie weekendy wolne, dobra pogoda i dwa tygodnie w ładnych miejscach w perspektywie.
Anyway, dawno nie byłam tak zadowolona!

czwartek, 2 sierpnia 2012

wake me up next July.

Sierpień zastał mnie znienacka, zaskoczył, zaszedł od tyłu, przecież, chwila, dopiero był maj (a to był maj...). Półmetek wakacji za nami, dzieci karnie byczą się nadal u pradziadka i cioci w towarzystwie babci, a w wyniku wczorajszego pracowitego przedpołudnia mamy już zarezerwowane noclegi w Krakowie i na przedmieściach Zakopanego. I, jeśli pamięć mnie nie myli, to będą pierwsze tak zaplanowane wakacje w naszym życiu. Dwukrotny pobyt w Chorwacji miał kryptonim "w ciemno", choć Frans nie miał jeszcze roku za pierwszym razem. Tym razem wzięłam sprawę w swoje ręce i wpłaciłam zaliczkę, po czym zadzwoniła mama i obwieściła mi radosną wieść, iż pensjonaty na Podhalu mają magiczną moc znikania z map świata po przyjeździe turystów. Zobaczymy zatem, czy będąc pierwszymi, nie staną się ostatnimi zarazem w takim stylu zaplanowanym (choć może trudno tu mówić o zaplanowaniu na tydzień przed wyjazdem). Miejsc noclegowych wydaje się być jednak więcej niż chętnych.
Kolekcjonuję lektury, kindle zyskał piękne etui, wczoraj wyprałam także ocieplaną kurtkę przeciwdeszczową, gdyż termometry w Zakopanem pokazały całe piętnaście stopni, u nas trzydzieści, dziękuję bardzo. Najwyżej rozpalimy w kominku (note to self: zabrać do walizek drewno na opał). Odmelduję się zatem, może dziś pomaluję stół w ogrodzie, ma szanse wyschnąć w tej pogodzie.

środa, 1 sierpnia 2012

Jest super, jest super, więc o co ci chodzi...

W tym domu nie ma kawy rozpuszczalnej. I żeby się napić, należy zaparzyć ją w kawiarce, staruchnej, opalonej, która i owszem daje radę i pyszną kawę, ale nie w południe, jak się jej potezebuje już teraz natychmiast.
Cóż było robić, wsiadłam w auto, pojechałam do sklepu i kupiłam. Po trzech dniach abstynencji (wyszła mi na zdrowie, zamiast kawy pochłaniałam arbuza, brzoskwinie i banany).
Przyjaciółka, zmęczona mama dwójki wielce nieletnich i uroczych szkrabów poniżej trzech lat, pyta, jak mijają mi TAKIE wakacje, bez dzieci, bez nauki, bez trosk. Oh, well, budzę się koło pół do dziesiątej, czytam w łóżku do jedenastej, aż dopadnie mnie głód. Schodzę więc na dół do kuchni i pochłaniam kanapkę z pomidorem malinowym popijając ją herbatą owocową. Wykładam się następnie na kanapę, względnie taras i czytam dalej, przekąszając wspomniane wyżej owoce. I kiedy minie trzynasta, zbieram się z trudem z leżaka i albo robię obiad albo nie. Albo sprzątam zaplanowany kącik (NIE WSZYSTKO NA RAZ!!!), albo mi się nie chce. Koło siedemnastej wraca mąż, jemy albo konsumujemy i on, człek robotny, popitala na ogrodzie, czyniąc nam czarowną altanę od strony południowej lub ogarniając nieład, a ja dowolnie: czytam, albo czytam sącząc piwo, wino, mojito (i znów: nie wszystko na raz,na Boga). Ostatnio było pracowicie (czyli dziś), musiałam się udać po tę kawę, wysłać urodzinową przesyłkę za ocean i wykonać kilka telefonów w sprawie rezerwacji miejsc wakacyjnych. To sie spociłam, a tak to nie. No nie.
A oprócz tego rozmawiam kilka razy dziennie z południem, ale nie, nie tęsknię maniakalnie.
Jest mi naprawdę nienajgorzej!

wtorek, 31 lipca 2012

my return to innocence

Pobyłam z dziećmi na południu, bez żalu wsiadając po tygodniu do liniowego PKS wiozącego mnie samą w kierunku domu. Udało nam się pohasać po górach nieco, Zosia zaskoczyła nas na Śnieżniku, dzielnie biegiem celując w szczyt, Franek natomiast wybrał plac zabaw w mieście.
Literacko dostarczyło "Lubiewo", uświadamiając, że mając te swoje trzydzieści kilka lat, życia (z akcentem na zet z kropką i "a" na końcu) nie znałam. Obecnie do normalności przywraca mnie Danuta W., i po przygodzie gejowsko - ciotowskiej chyba mnie nie zaskoczy, nes pas?
Za kilka dni zaczynamy wakacje, ciągle nie mając ustalonego celu destynacji, chodzą nam po głowie góry i pagórki, a także Bałtyk i Warmia. Takie siedemset kilometrów rozstrzału...
Wiem jedno, na wakcje wezmę książki, w różnych formach i formatach. Na wakację nie zabiorę komputera, gdyż spokojniej mi było w minionym tygodniu bez niego. No i te moje czerwone kroksy, choćby tylko pod prysznic.
A teraz czeka mnie szczotka i szmata, i ostateczne rozprawienie się z podręcznikami i książkami i notatkami zalegającymi na półkach regałów w całym domu. I błoga cisza (no dobra, jak kibicuję siatkarzom w Londynie, to ani błogo, ani cicho).

piątek, 20 lipca 2012

gotowa na wszystko

Wczorajszy dzień zaczął się miło w kinie, a później było już tylko gorzej, z: okradzeniem młodego, awanturami dzieci i palcami między futryną a pędzącymi z prędkością światła drzwiami. Przygrzałabym, stłukłabym te chude dupska, gdybym była moim tatą, a tak, będąc sobą, tylko darłam pysk trzymając łapy ściśnięte w pięściach tak bardzo, że do dziś są ścierpnięte. Albo było coś w powietrzu, albo wzajemne towarzystwo źle na nas działa.
A do tego, w geście sympatii, zaprosiłam na noc mojego trzyletniego bratanka, na drugą w jego życiu noc poza domem bez mamy. W związku z powyższym pół nocy spędziaąm na podłodze tuląc słodkego szkaraba, który o 3 rano (albo w sumie nawet o dowolnej godzinie w środku ciemnej nocy, umówmy się, NIE SPRAWDZIŁAM) był rześki i gotowy i wyspany. Zasnął, a jakże, ja miałam jednakowoż kłopot, ale o świcie, przed ósmą, popis dała moja córka, która wstała, zrobiła śniadanie, przygotowała mleko, pomogła się umyć, ubrać i zabawiała malca do dziewiątej, o której zdolna byłam przyjąć pion.
A dziś szykujemy się do wyjazdu, kindle napakowany eksiążkami, torby jeszcze nie (trzeba, prawda, mieć priorytety), mąż w trasie wraca z mandatem i z nosem na kwintę, dzieci radośnie ćwierkające, i tylko ja się martwię, bo schodzi mi paznokieć.

środa, 18 lipca 2012

czytelnia

Widzieliście u Chustki kółeczka?
Są wiśnią na torcie. Są całym koszem wiśni.
Moje trzy ulubione:

źródło: chustka
Niezmiennie zadziwia mnie ta Dziewczyna i uczy. Uwielbiam Jej poczucie humoru i szanuję Jej szacunek do chwili.

Tymczasem nadeszły dziś klapki, co to je nabyłam na nasze wakacje w tropikach, które się nie odbędą w tym roku z powodów wspomnianych wcześniej, a biorąc pod uwagę prognozy pogody i klimat w naszym kraju, mogą się one, te klapki z krokodylem na bokach, przydać jedynie pod prysznicem. Aczkolwiek mam plan wywieźć rodzinę w najcieplejsze zakątki naszego kraju, południowy wschód przoduje w statystykach temperaturowych, więc może uda się w nich na spacer udać po rynku (lansiarsko kupiłam identyczne modele w pięknym karmelowym odcieniu dla nas obojga, co mój mąż skwitował w mało kulturalny sposób, ale nie będzie on darowanemu koniu w zęby zaglądał, a ja jego niewybrednych uwag przytaczać).
Przyszła dziś także przesyłka z antykwariatu, a ja skończyłam czytać pierwszą pozycję z mojego kindla, czyli klasycznego Adriana Mole'a lat 13 i 3/4 i powzięłam decyzję, że do czasu przeczytania zapasów ze stosów i stosików na parapetach i nabytych pozycji e-bookowych NIE KUPIĘ kolejnej książki. ZABIERZCIE MI INTERNET!!!
Głównie jednak czytam w te wakacje. Cóż za odmiana!

wtorek, 17 lipca 2012

w domu złym

Skończyły się były moje rozterki, dywagacje, dylematy epickie godne Wertera. W piątek wylądował u mnie kindle 4 tacz i pierwszą książką na niego wgraną stała się Ania z Zielonego Wzgórza, którą wprawdzie recytować mogę, ale nie w oryginale. Zaraz potem zrobiłam solidne zakupy e-bookowe, bo co mi po zabawce z której korzystać trudno, i czytam teraz pięć książek jednocześnie, dwie tradycyjne, trzy na kundlu. A zaraz po tych zakupach nabyłam trzy tomy wspomnień Moniki Żeromskiej w antykwariacie, żeby mój stos książek na parapecie przysłonił mi widok na tyle skutecznie, żeby mi ani słońce w upale ani deszcz w słotnej pogodzie nie przeszkadzał. Czyli stos sięga górnej framugi. Ale stopnieje (jeśli dam mu szansę i nie zanabęde trzech kolejnych pozycji za jedną przeczytaną).
Póki co nadrabiam zaległości w polskiej serialomatografii i lecę czwarty sezon Rancza, jednego dnia siedem odcinków umiliło mi zaległości przy desce do prasowania. Biorąc pod uwagę, iż jeden odcinek trwa pięćdziesiąt minut, łatwo policzyć, jak ciężką jesień średniowiecza zorganizowałam swoim krzyżom. Ciągle nadrabiam domowe zaległości, ale co ja krok do przodu, to mi kurz spod innej szafy się wychyla, co ja jedno okno machnę, to mi zabawki stół zaścielą, co szmatą przelecę i na szczocie zatańczę, to nowe wydmy piachu zgrzytają pod nogami.
Dzieci korzystają z uroków mieszkania na obrzeżach miasta i wpadają do domu na śniadanie, obiad, przekąskę, po picie i czekolady kawałek. Wracają przed zmrokiem brudne, że ich trudno w szarudze znaleźć, ale bardzo zadowolone z pierwszych wakacji po roku prawdziwie szkolnym. Nasze póki co stanęły w szerokim rozkroku, gdyż właśnie wczoraj odkryliśmy, iż paszport małoletniego skończy ważność drugiego dnia naszego potencjalnego pobytu zagranicą, a jego dowód osobisty skończył się właśnie tydzień temu. Czas oczekiwania na nowe dokumenty potwierdzające tożsamość i umożliwiające podróżowanie bezkresne - miesiąc, czyli moglibyśmy je otrzymać w dniu powrotu z potencjalnych wakacji z potencjalnej zagranicy. Nie należą nam się gratulacje, cholerajasnapsiakrew.

wtorek, 10 lipca 2012

co w lesie piszczy

Jeśli ktoś jeszcze dziwi się, że boję się w lesie biegać, do lasu na spacer chodzić, przez las rowerem popitalać:



Sto metrów od domu. przy samej ścieżce, siedemnaście sztuk drobiazgu, cztery lochy. Zdjęcie NIE ODDAJE uroku sytuacji, gdyż strzeliłam je byłam w stresie, trzęsącą się łapą, za pomocą komórki. Orbitrek zaraz będzie w drodze, bo sport to jednak ryzykowne przedsięwzięcie w naszej okolicy...

poniedziałek, 9 lipca 2012

Pozamiatana


A poza tym - uwielbiam lato. Wiadra czereśni, upał, słońce i wiatr w mokrych włosach, lód w szklance i beztroskę. Zuzanka napisała to niezwykle zgrabnie i ujmująco. Uczę się tym cieszyć, nie myśląc o październiku.

niedziela, 8 lipca 2012

ciocie i wujki dobra rada POTRZEBNI

Niedziela, czy nie, mąż ochoczo zabrał się do pracy. Maluje, bejcuje, choroby, które go pozamiatały kilka tygodni temu, zatrzymały go na chwilę, a teraz niczym mały samochodzik ze szczotką w dupie, zapiernicza bez ustanku, tuszę nieuleczalne owsiki. Taki przypadek. Patrząc zatem na jego pracowicie machające kończyny, zupełnie bezsęsu zaproponowałam, iż pomaluję stół ogrodowy, ale na sugestię, iż najsampierw trzebaby go solidnie umyć, odrzekłam, że pomaluję raczej paznokcie. A i tego mi się nie chce.
Synek z ospy wychodzi gładko, muszę więc cofnąć teorię, że mężczyźni znoszą choroby gorzej. No chyba, że MÓJ mężczyzna to wyjątek!
I potrzebuję Waszej rady, ale tak solidnie się przyłóżcie. I licznie, gdyż planuję dwa zakupy. Na pamiątkę ukończenia studiów zaplanowałam zakup czytnika e-booków, względnie małego taniego tableta, ale czy tani tablet da radę dzieciom, które zapewne będą go chciały pożyczać? Pewnie, że marzy mi się ipad, ipod i iphone 4s, ale jak się nie ma, co się lubi, to, prawda, się przeszukuje allegro. Mąż przestrzega: czytnik e-booków NIE ŚMIERDZI farbą drukarską (tak, nałogowo wącham książki), ale przecież zakup owego nie uniemożliwia kupowania książek, nes pas? Mąż przestarzega: rzucisz w kąt, filmów na komputerze nie lubisz oglądać. Ale w łóżku czasem fajnie po ciemku nawet? Mąż przestrzega (tak, on tak ma, ale to rozsądny głos w mojej sprawie): co na to Twoje oczy!? I kminię wteiwewte. Macie? Czytacie? Używacie? Jakie toto wytrzymałe? Czy allegrowe zdjęcia z panną na plaży piaszczystej z tabletem owiewanym złotym pyłem, nie są aby photoshopową ułudą? Ten piaseczek nie szkodzi na pewno (tiaaa, na pewno)...
Drugi planowany zakup to orbitrek, który nie ma się bynajmniej stać poręcznym stojakiem na ubrania. Mięśnie mi wiotczeją, cellulit bezczelnie zajmuje me chude ciało, potrzebuję bodźców. Do lasu boję się biegać, ze względu na wilki, tfu dziki, bieganie po domu powoduje zadyszkę. Mam całęgo Housa i w planach Chirurgów, ostatni sezon Gotowych, no i ten czytnik e-booków, do którego planuje napakować kilka audiobooków. Będę miała co robić podczas ćwiczeń. Tylko, czy będę ćwiczyć? Na któreś tam mam słomiany zapał, mąż przestrzega: nie będziesz go używać (a ja się zapieram). Mąż przestrzega: nie ma miejsca (a więcej nie będzie). Co robić, drodzy, poradźcie!



sobota, 7 lipca 2012

leniwie

Sącząc kolę z lodem i cytryną, niespiesznie chłonę kolejne strony "Pod słońcem Toskanii" zastępując sobie wakacje. Pogoda śródziemnomorska, idealnie pasuje do lektury, którą ostatnio miałam w ręce w ciąży z Fransem, lat sześć temu. W Toskanii zaś ostatnio byłam z dekadę temu, ciągle wspominam tę wizytę z radością.
Frania ospa mija bardzo spokojnie, tfu, tfu, odpukać, ma jeszcze kilka mokrych krost, ale nowe już nas nie nawiedzają, współczuję mu w tej gorącze i pocie, jeszcze to swędzenie. Ale mam nadzieję, że powoli mamy to za sobą.
Tymczasem, odwiedzili nas rodzice, dali się namówić na pierwszy nocleg u nas, co jest zaskakujące, ponieważ szacuję, opierając się na statystykach i obserwacji bądź co bądź uczestniczącej, iż częściej bywa u nas teściowa (dzieli nas i łączy 300 kilometrów) niż moja mać (12 kilometrów co najwyżej), która wpada zazwyczaj podszyta wiatrem, jak na wyścigi, byle nie za długo, byle się nie znudzić. Ale cel ich wizyty był szczytny, opicie mojego dyplomu, wracać z lasu po pijaku autem ryzykownie, piechotą niepodobno, taksówką upiornie drogo, autobusem niemożliwie, gdyż taki tu nie kursuje (tak, mieszkam na terenie miasta wojewódzkiego), do najbliższego trzy kilometry puszczą zamieszkaną przez wszelką faunę możliwą (zające, lisy, sarny, jelenie, dziki, łosi nie zauważono), musieli zostać. A jako, że ostatnie cztery tygodnie zdrowieli z pomocą klimatu w Krynicy Górskiej wtapiając się w tłum kurwacjuszy, mieli dość barwnych opowieści o skąpych topach okrywających epickie biusty sześciesięcioletnich flam, kapeluszach na łysiejących skroniach siedemdziesięcioletnich ogierów i polowaniach na dziewice i prawiczków na głównej alei sanatoryjnej. Wyglądają kwitnąco, swoją drogą, mama z brzoskwiniową opalenizną, tata wypoczęty i zrelaksowany, dobrze im ten beztroski miesiąc zrobił. Miesiąc, jak orzekł mój ślubny, miodowy.
Zośka odziedziczyła stary aparat telefoniczny taty. Nie mamy dziecka, multimedia uprowadziły (choć telefon bez karty, dzwonić jedynie w parapet póki co).

czwartek, 5 lipca 2012

ospa numer dwa doba nie wiem która

i setki, setki krost. Obsypane plecy, brzuch, buźka, nogi ręce, pupa i siurak. I 37,7. W tym ukropie. Acz samopoczucie naprawdę dobre, mam nadzieję, że do końca. Jako że pierwsze podejrzane krostki pojawiły się w niedzielę, mam nadzieję, że już z górki, Zosia w adekwatnym wieku ospowym już była zdrowiała. Zalegliśmy na kanapie i wpatrujemy się w Ranczo, sezon pierwszy. Humory nam dopisują, dobre i to.
Za chwile minie miesiąc naszych chorób. Trochę już naprawdę mam po dziurki w nosie. Pragnę odrobiny beztroski, ale nikt nie obiecywał.
Czekamy na zamknięcie naszego oddziału zakaźnego.

wtorek, 3 lipca 2012

na urlopie

Póki co nie przeczytałam jeszcze strony. Od wczoraj (za to owszem, facebook na bieżąco, blogi również). Do sprzątania sama się gonię, ale powoli jakoś się ogarnia.
Burza z środka nocy zrobiła nam dzień, na kilka setnych sekund zaledwie ciemniało, grzmiało z każdej strony, błyskawice nieustanne, poduszka na uszach i oczach, mój niezawodny sposób na poskramianie lęków, tym razem nieznośnie uwierała. Aleśmy dali radę. Dzieci nie drgnęły.
I zastanawiają mnie krosty u Frania, nie przypominają ospowych, ale ich ilość i umiejscowienie mocno dają do myślenia. Czyżbym znów miała zacząć odliczanie (tym razem od ospa doba czwarta, bo te krosty już od niedzieli, jeśli nie od soboty)? Kwarantanny ciąg dalszy.

poniedziałek, 2 lipca 2012

osiem

Moje pyskate, wygadane, pewne siebie ale i bardzo wrażliwe i refleksyjne, mądre, utalentowane, wysportowane i piękne pierworodne dziecię skończyło właśnie osiem (ile???? ILE????) lat.
Wszystkiego najlżejszego, kochanie. Kocham Cię ponad wszystko.

sobota, 30 czerwca 2012

zero

Mam go. Mąż sugeruje, żebym zaczęła się przedstawiać magister Małgorzata magister Chudsza. Kamień, który spadł mi z serca, utworzył rów mariański w centrum Poznania, podczas egzaminu zdołałam się nawet pokłócić z recenzentem, który przedstawiał myśl przeciwną niż ta, która mi przyświecała. Przy wsparciu promotora.
Jestem zatem magistrem do kwadratu, ale o niczym to nie świadczy, zaprawdę.
Po powrocie do domu wstawiłam pranie.
I posprzątałam.
Codzienność.

piątek, 29 czerwca 2012

jeden

Zosia odebrała dziś pierwsze swoje świadectwo. Piękne, dodam. Pękałam z dumy, gdy została wywołana na środek auli za osiągnięcia w nauce i grze na instrumencie (wraz ze sporą gromadkę z jej klasy, ale ojtam). Sama też była przejęta, jak rzadko, dopytywała o oceny z kreską (czyt. świadectwa z paskiem), o których usłyszała od kolegów, przedeptywała niecierpliwie podczas koncertu, czekała na ten druk ścisłego zarachowania z utęsknieniem. I dostała z błędem, zmieniono jej drugie imię, muszę to wyjaśnić, ale już po weekendzie. Frans też pożegnał się ze szkołą, wieść o przejściu do muzycznej rozniosła się błyskawicznie, a on podczas tego roku musiał zauroczyć wszystkie kobiety w placówce, bo szlochała co druga. Rozumiem, jest uroczy, ten mój ciuciuciu synuś.
Jutro. Proszę o kciuki. Koło szesnastej rozpoczną się moje wakacje. Do szesnastej jednakowoż mogę zaliczyć zgon z nerwów, więc proszę. Liczę, że nie dostanę dwunastu pytań (z czternastu). No co, jak szaleć, to po całości. No risk, no fun, mawiają anglosascy pobratyńcy. A reszta? Reszta jest milczeniem.

czwartek, 28 czerwca 2012

dwa

było tak blisko, prawie dali radę pokonać tych nie_do_pokonania. I wcale, a wcale nie chodzi o Ronaldo, jego klatę, kaloryfer na brzuchu i zestaw fryzur na cały mecz.
Kończę papiery. Dziś ostatnia już praca drukarki, dedykacje są, koszulę zaraz wyprasuję dla syna i spódnicę dla córki i z rana pojedziemy odebrać jej pierwsze świadectwo. Rany julek, jak bardzo mnie to rusza. A później już zwykły rejwach - szybko po syna, do mojej szkoły, może zdążę, kawa w pokoju nauczycielskim z dziećmi upchniętymi na zapleczu i już koło 15 wrócimy do domu na ostatnie dwadzieścia cztery godziny stresu. Wakacje zaczynają rysować się cokolwiek wyraźniej. Paznokcie zaczynają przypominać ruinę. Im już nawet akryl czy żel nie pomoże - nie ma do czego przykleić...

środa, 27 czerwca 2012

trzy

i tak oto przedostatni mecz w toku, żal mi tego mijającego euro, pełna byłam obaw, a tu ani paraliżu, ani blokady, ani końca świata, za to międzynarodowe towarzystwo wokół, radość i zabawa. Szkoda, że to już.
Zdałam już część dokumentacji, powoli dociera do mnie koniec roku szkolnego, początek upragnionych wakacji, ciągnę już nie tyle na rezerwie, co na oparach, spać mogłabym za pieniądze, rano, w południe i o dwudziestej pierwszej. Odliczam.

wtorek, 26 czerwca 2012

cztery

arkusze, papiery, świadectwa, dzienniki, sprawozdania, nagrody, dyplomy, statystyki, frekwencja, średnie, podziękowania, zapiski, pokwitowania, rozliczenia, czterdzieści tygodni w roku, niech jeszcze raz przeczytam w komentarzach pod artykułami na temat otyłości młodzieży, że to wina nauczycieli, nierobów, zboczeńców i darmozjadów, tępą ekierką przepiłuję tętnicę udową i dorwę się do mięcha.

niedziela, 24 czerwca 2012

ospa doba siódma

i chyba ostatnia, zostały już suche krosty, od dwóch dób nie przybywa nowych. U Franka też póki co...
Za to znów zaniemógł mąż, tym razem zaatakowało mu znienacka zatoki, nawet lekka temperatura się pojawiła, co u człowieka który nie chorował dotychczas budzi niepokój. Mój niepokój tym większy. Nasz lazaret ma się dobrze, niestety, moja obrona schodzi na pobocze i to szutrowe i nieutwardzone pobocze. A nerwy mam nieco nadwyrężone. Cholera jasna. Niech ona się już skończy, ta ciemna zdrowotna smuga wokół naszej chatynki.

sobota, 23 czerwca 2012

ospa doba szósta

Dziecko wydaje się być zdrowe. Po energicznym wskoku do naszego łóżka około 9 rano poznałam powrót formy, a po zimnej śląskiej wsuniętej na drugie śniadanie (czekała na grilla) poznałam, iż wrócił normalny apetyt.Cała, duża, familijna blacha piekarnikowa pełna  drożdżówek z truskawkami też nie ocalała, zabawy podwórkowe i umazanie żywicą, piachem i trawą (ku mojej zgrozie i strachu przed zakażeniem ran) niosą nadzieję, że najgorsze już za nami. U Zosi. Fransik wszak jeszcze krostek nie zaprezentował...



Bardzo przykra wiadomość napłynęła z rak'n'rolla. Magda odeszła. Ubiera w sukienki po drugiej stronie chmur.

piątek, 22 czerwca 2012

ospa doba piąta

Dziecko normalnieje. Ma nowe krosty, ale po powrocie z zakładu nie zastałam jej po/zaległej na kanapie ale u góry w swoim pokoju, bawiącą się w gonienie i poniewieranie brata. Apetyt nadal bardzo słaby, acz humor plus sto. Po południu wybiegła na dwór i z trudem dała się namówić na powrót na Harrego. Wieczorem spadek formy, ale cóż się dziwić. I chyba miała krostę na dziąśle. I jej odpadła. I ma odsłonięty kawałek zęba, którego zwykle spod dziąseł nie widać. Odrośnie to??? Bo sama mam obawy, zapewniając ją jednocześnie, iż wszystko ok.
A u mnie front. PMS przepleciony z końcem wiosny i SKRACAJĄCYM się od dziś dniem (czyli już po wszystkiemu, październik naciera...) i dwutygodniowym pobytem teściowej, który dziś dobiegł końca szczęśliwie bez ofiar w ludziach. Teściowa będąca kozą rabina dobrze mi zrobiła, acz na stu metrach kwadratowych jej obecność nie była męcząca, a nawet zbawienna, gdy musiałam iść do pracy (chociaż jej zbawienne rady, jak powinni byli grać nasi, żeby wygrać i tysiąc podobnych pytań podczas meczu, bo o piłce nożnej ma jeszcze bledsze pojęcie niż ja, działały mi na nerwy wybitnie, jak zwykle). Ale tradycyjnie już o dzieci zadbała lepiej niż ja i chwała jej za to. Obrona za tydzień, a ja dokładnie tam, gdzie córkę obsypało najszczodrzej. I do tego czarnej.

czwartek, 21 czerwca 2012

ospa doba czwarta

kaszel ustał, pojawił się ból gardła, zawsze musi być cokolwiek kolorowo. Krostki dochodzą literalnie wszędzie, stopy już naznaczone, powieki i łapska na całej długości, wcale nie jest wykluczone, że ból gardła jest efektem jego okrostkowania. Gorączki nie ma, swędzi też bez jakichś problemów, heviran działa na moje oko. Smaruję fenistilem, dziś zapodałam krople, może uda się noc przespać bez pobudek. Apetytu nie ma, ale chęci do grania w piłkę na środku pokoju owszem. Chęci, dodam, poparte działaniem, czyli grą. Pod moją nieobecność, wiadomo. Zakończenie roku bardzo atrakcyjne.

środa, 20 czerwca 2012

ospa doba trzecia

Do zwielokrotnionego zakrostkowania dołączył kaszel, wizyta w izolatce, oskrzela, szczęśliwie, czyste, ale gardło rozpulchnione. Świąd łagodzimy fenistilem, wirusa traktujemy haviranem, pani doktor oceniła wysypkę jako godną i solidną.  Niektórzy twierdzą, że im więcej, tym lepiej i tego się trzymamy. Gorączki nie ma, ale co jakiś czas jakby dziecko cieplejsze. Nic na to nie podaję. Zośka znudzona, słabsza, bez apetytu, ale z ciętym dowcipem co jakiś czas. Jak ona. Wyraża chęci pogrania w piłkę, czyli tragedii póki co nie ma, chyba.

wtorek, 19 czerwca 2012

ospa doba druga

Brzuch i plecy zajęte, krostki się mnożą na szyi, w ustach, na głowie  i - wręcz przeciwnie - w dupie, marudzenie włączone, po południu świąt, nie ma wątpliwości, mamy w domu ospę. Wieczorem silna gorączka, kąpiel w sodzie, koło północy po gorączce nie ma śladu. Żal mi jej, naprawdę.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

ospa doba pierwsza

kilka krostek, w sumie niewiadomoco, brojenie bez zmian, apetyt w normie. Żadnej gorączki. Obserwujemy i czekamy na kolejne rzuty.

przychodnia

Angina u męża przebiegła nadzwyczaj łagodnie, biorąc pod uwagę, iż cierpiał mężczyzna. Zaległ na dwa dni pod kocem, po czym, raźnym głosem i dziarskim krokiem zarządził koszenie trawy. Syn ucho ma wyleczone, migdały oklapły, źle nie jest. To znaczy wróć. Źle nie było do czternastej, kiedy olśniło mnie, że krostka pokazana mi przez Zosię nie wygląda na zwykłą, i że nie jest jedyną na jej gładkim niczem jedwab ciele. Krostka wodnista, na moje oko, kurde mol, nawiedziła nas ospa. Może się mylę, dzieciak tryska zdrowiem, głupieje jedynie głośniej, kilka krostek nie swędzi. Acz mając na uwadze panującą w poznańskich placówkach wirusówkę i fakt, że w naszym domu jej jeszcze nie było (mąż w ogóle bez ospy, ja za to podwójnie doświadczona nawet półpaścem), mogę sobie nasze plany wakacyjne schować do szuflady. Głęboko.

czwartek, 14 czerwca 2012

szejkini

Odkryto nowe złoża ropy w Polsce, słyszeliście? Na dodatek stałam się ich posiadaczką, niejako. Zapalenie ucha z krwisto - ropnym wyciekiem u Franca, angina u męża, u mnie ostre zapalenie gardła, trzyma się Zosia jedynie, nie wiem jednakowoż jak długo. Znam szpital na Saskiej Kępie, znam laryngologów w Poznaniu, znam zapach wyrzyganego zinnatu. 
Także bogata jestem nibywale. W doświadczenia zdrowotne. Ich zagęszczenie mnie sponiewierało trochę. Wakacje za dwa tygodnie, obrona, wszystko na to wskazuje, także. To MUSZĄ być udane wakacje!

wtorek, 5 czerwca 2012

to, co było, jest i będzie

Ostatni tydzień zaowocował dwukrotną wizytą wróżki zębuszki u starszego pacholęcia, wirusem u młodszego, tym samym (bądź podobnym) wirusem u starszego, wysłaniem mojej pożal się Boże magisterki do promotora, zejściem z powodu natężenia pracy nad wyżej wspomnianią, wtórnym zejściem z powodu rozluźnienia sytuacji po przedweekendowym maratonie (dodam, że wrosłam w krzesło przy komputerze i chodziłam spać niewiadomo po co, bo po dwóch godzinach musiałam wstawać do roboty), euforią z tytułu zdobycia ostatniego zaliczenia i przedostatniego wpisu do indeksu (ostatni w dniu obrony) oraz histerią, iż teraz promotor postanowi jednak nie zaliczyć, planowaniem wakacji, wielokrotną zmianą planów, przesłuchaniami w szkole muzycznej i rozczarowaniami. Enough is enough.
Franio jest na liście rezerwowej i pełna żalu poszłam dziś wypytać, dlaczego szanowne grono nie poznało się na WYBITNYM talencie MOJEGO synusia. I ja tu z mieczem, z przemową i tłumaczeniem, a przemiła szefowa komisji błaga mnie, żebym coś z syneczkiem zrobiła, bo on jest bardzo i och i ach ALE ma sześć lat. Że go w zerówce zadekować ponownie, że zabrać, że wrócić za rok, że w ciemno go przyjmą.Tak, stałam sie ofiarą systemu. A raczej synuś się stał. Pani mówi, żeby czekać. To będę czekać, acz miecz mam z łapy skutecznie wytrącony. Bo nie mam szansy nigdzie go zadekować, pod dywan mietłą się nie da, bo za ruchliwy, poza tym są tacy, którzy twierdzą, że bystry z niego gnojek, więc prędzej czy później by się spod tego dywanu wydostał.  Czekam (acz chłopina się przejął sytuacją i codziennie dopytuje o wyniki rekrutacji).
Podczas wizyty dawno nie widzianych przyjaciół, doszłam do wniosku, że wcale się nie starzejemy, mimo, że łączy nas niemal OSIEMNAŚCIE lat znajomości, że urody nam przybywa i uroku osobistego i że warto ciągle mieć kontakt z tymi, którym na tym kontakcie zależy.Osiemnaście lat ZOBOWIĄZUJE (do wypicia litra wódki, ale z kim, na Boga, jak same w ciąży i karmiące, Anula, może chociaż Ty, szybko, póki jeszcze wątroba pozwala???).
I tak na podsumowanie, wiecie, kto to masochista? Masochista to mieszkaniec miasta organizatora Euro2012, który na czas rozpoczęcia owego wyjeżdża do...stolicy! Niechże się tylko pogoda uczerwcowi. Czuły Barbarzyńco, Barze Warszawa, Przekąsko - Zakąsko - przybywamy!!!

czwartek, 24 maja 2012

szum

I uwaga. Robimy dziś hałas dla Joanny. Nie tylko z powodu imienin, ale z także powodów innych. Z milionów powodów.
Z racji, iż niebawem wszystki mamy świętują, piekłam dziś do szkoły Franka sernik i muffiny, i zamiast udać się do fryzjera, który juz naprawdę się o mnie upomina (im krótsze włosy, tym częstsze wizyty, niestety, a mam fazę na coraz krótsze, również niestety) królowałam w kuchni. Wyobrażam sobie wytapirowane mamy, ja za to będę miała niebieskie paznokcie i sporą, prawda, niedowagę. Jestem poruszona synowym występem, jutro zdam relację, chyba, że mnie pochłoną badania nad użyciem materiałów autentycznych (nie sądzę...). Sernik stygnie, muffiny z granolą takoż, suszarka do włosów stepuje z przejęcia, czas się wyszykować na jutro. Dobranoc państwu.

poniedziałek, 21 maja 2012

wahadło

Ledwo mrugnęłam okiem, ledwo odetchnęłam głębiej, ledwo dzieciom wygoił się jeden z milionów strupów, a tu temperatura wzrosła do 30 niemalże, w samochodzie sauna, na tarasie spiekota, lody spożywałoby sie w ilości hurtowej.
A dopiero te lody szerokim łukiem mijałam.
Pracę napisałam tak w trzech czwartych. Zaniosłam. Promotor zajrzał, nakrzyczał za obecność cudzysłowów, gdzie były one zbędne, nie przeczytał słowa, ocenił, że ok i że mam kończyć, pracę mi zaliczy (taka fucha promotora to musi być niezła, mogłabym stwierdzić, gdybym operowała uogólnieniami i nie gardziła stereotypami, a tymczasem pomstuję tylko własnego za niefrasobliwość, wszak to nie jest moja pierwsza magisterka, obviously...). Próbuję zatem zasiąść do tej pracy po weekendzie i nie idzie mi wybitnie. Poza tym pobudki o szóstej, mimo, że budzą mnie ptaki, bławatkowy odcień nieba i natarczywe słońce (tak, mam sypialnie zorientowaną na północny-wschód - zimą lodówka, latem z rana spiekota), nie służą mojemu dobremu samopoczuciu i niecierpliwie odliczam dni do wakacji.
A na wakacje mam PLAN!!!

piątek, 18 maja 2012

licznik

Weszłam na swoje poletko na sekundkę, na chwilkę, pochwalić się, że kilka stron jestem do przodu, że cały słój małosolnych ostał się jeno wspomnieniem, ale następne już czekają w kolejce do owego słoja, że dwa pęczki szparagów zamierzam pochłonąć niemalże sama (dacie wiarę, że w moim domu nikt poza mną nie przepada za szparagami???), że pomidory malinowe, choć niebotycznie drogie, dumnie prężą pierś przed kolacją, że ciągle jem i jem te warzywa, no po to tu weszłam tylko na sekundeczkę i paczę na licznik a tu 3999 wejść, więc gościu kolejny będziesz jubileuszowym.
Pamiętacie zapewne CHUSTKĘ, królową życia, kobietę mądrą, wrażliwą, przenikliwie opisującą rzeczywistość, do tego nieziemsko mądrą? No i chorą, ciężko. Na pewno pamiętacie. Wzrusza mnie ona nieustannie. Może dysponujecie groszem, chociaż miedzianym, ale zawsze, każdym. Pomóżcie, ona na to naprawdę zasługuje.


 i znów się po nocy apdejtuję. Wydrukowałam niniejszym trzy czwarte mojej pracy w języku, bądź co bądź, obcym. Jutro spotkanie z promotorem i gra o tron. Nie gra, gdzie tam, walka, będzie krew, pot i łzy a tronem - obrona w czerwcu Uda się, czy się nie uda?
Stay tuned.

czwartek, 17 maja 2012

lody na patyku

Zegar biologiczny jest bezlitosny. O tej porze roku domaga się lodów (zegar moich dzieci, nie mój przecież, ja mam instynkt samozachowawczy i gdy temperatura oscyluje wokół siedmu stopni, a wiatr przerzuca pukle na głowie wte i wewte i mierzwi koafiurę, marzę o gorącej kąpieli i ciepłej kołdrze, a nie porcji waniliowych na patyku). Starając się nie przeszkadzać zegarowi, ubrałam nielaty w kamizelki puchowe i puściłam z ojcem na rowerach do lokalnego sklepiku w celu nabycia i konsumpcji wymarzonych, acz oba niepokojąco pociągają nosami, więc doprawdy wiem, jak to się może skończyć.
I tak, palę w kominku kolejny wieczór, zacieram zmarznięte dłonie, których rozgrzać nie jest w stanie nawet ciężka praca polegająca na bębnieniu w klawiaturę, popijam herbatę za herbatą, z miodem, imbirem i cytryną i czekam na to zapowiadane ocieplenie. Mamy w końcu maj, do diabła.
Zośce wypadła dziś z hukiem górna dwójka, zaskakując nas trochę, a kolejna broni się ostatkiem sił przed natarciem stałego uzębienia, które już się wybiło i walczy o swe miejsce wśród siekaczy. Znika jej urocza diastema, Zosia staje się coraz doroślejsza i owszem, coraz donośniej pyskuje. I rozpacza jednocześnie nad siła grawitacji, która spowodowała utonięcie zęba w kanalizacji, i zapewne udaremniła nocną wizytę wróżki zębuszki. Zdumiewa mnie to podwójne oblicze dziecka tuż przed nastolactwem: logika myślenia, spryt i umysł niemal geniusza przy jednoczesnej wierze w Gwiazdora, wrózki i duchy. Nieustannie zaskakujące doświadczenia nie pozwalają stać w miejscu.
.....
i jeszcze taka refleksja, jako że noc ciemna za oknem i budzą się strachy za dnia poupychane za firaną/szafą/kurzem w kącie. (phi, noc na moje strachy nie jest w ogóle potrzebna, za dnia czają się równie dokuczliwie i wyskakują zewsząd). Kątem ucha dociera do mnie reklama ostatniego dzieła naszej najlepszej według mnie reżyserki. Dołączanego do jakiegoś plotkarskiego magazynu. Czy oby na pewno ten target? Czy oby na pewno konieczna taka forma dystrybucji? Jestem zmieszana. I wracam do walenia coraz wolniejszego, nie szukając sensu w tym stukaniu, bo go nie ma...

wtorek, 15 maja 2012

zimna Zośka

Weekend zaowocował udaną czterdziestką szwagra, kilkoma chwilami w dobrym towarzystwie, kacem i atakiem paniki. Z wszelkimi objawami - spoconymi rękoma w drgawkach, bólem mięśni i ogólnym przekonaniem, że nie ma takiej siły, która pomogłaby mi skończyć pisanie na czas, dotrwać do obrony i zdobyć dyplom w terminie przed wakacjami lub na samym ich początku. Klasycznie. I oto siedzę przed klawiaturą i nadal stukam w te czarne klawiszę, tylko muzyka coś nierytmiczna i mało satysfakcjonująca.
Poza tym świętujemy dziś zimną Zośkę i jej poświęcamy popołudnie, muszę więc tym bardziej skupić się na eksplorowaniu literatury fachowej, by pozbyć się wyrzutów sumienia podczas obchodów.
Jaka cudnej urody sukienka do mnie wczoraj przemówiła z witryny lokalnego second - handu, nie macie pojęcia. Skutecznie przemówiła. Już wiem, w czym będę się bronić. Kiedybądź ta obrona miała się odbyć.

czwartek, 10 maja 2012

słodko-gorzki

Mój paskudny dzień, długi, duszny, w aucie bez klimatyzacji, w pośpiechu i na głodniaka, w pracy, u dentysty z dzieckiem, w nibyteatrze na beznadziejnym spektaklu, w zatłoczonej komunikacji miejskiej, z ciężką torbą na ramieniu, z urobionym mężem, rozkopanym ogródkiem, rozkapryszonym dzieckiem, taki właśnie dzień ukoronowała dziś Chustka notką o seksie, który to tekst mnie rozpłakał, rozmazał, rozdygotał (szczególnie barki) i rozfiletował.
Byłam dziś na patronażowej wizycie ujrzeć oseska. Rozkoszny mały chłopiec prężący swe członki i marszczący czoło. Pampersy jedynki, body rozmiar 52 luźno powiewające na małym korpusiku. Utonął w mojej chabrowej bluzce, z główką nie większą niż moja dłoń, rączką niewiele grubszą od mojego kciuka.
Byłabym w połowe ciąży teraz. Dziś znów bolało mnie serce.

środa, 9 maja 2012

krew z byka

Zosia wyniki ma doskonałe, (zdrowa, jak koń, rzekła pediatra), uczciłam więc tę ulgę pochłonięciem połowy słoja małosolnych (nie że tam słoiczka, tylko trzyltrowego słoja). I podwójnym pęczkiem szparagów. I pęczkiem rzodkiewek. I pękłam (nie rozpoczkowałam się. not this time, sorry).
Jeśli zaś chodzi o pracę moją magisterską... jak mawiał mój polonista, znany w Poznaniu nauczyciel o niestandardowym podejściu do nauczania młodych ludzi, meżczyzna, o którego kciukach krążą legendy, ech, fajny facet (niedawno koło trzynastej w sobotę zataczał się na jednej z głównych ulic miasta, popłakałam sie na ten widok z żalu), "nasze kolokwium nie ma semantycznych priorytetów". No nie rozumiemy się z tą pracą (nie wspominając o, prawda, promotorze, który ma nas centralnie w dupie). Ani ona mnie, ani ja jej, obchodzimy sie szerokim łukiem, warcząc przy każdym przypadkowym zbliżeniu. Jestem sfrustrowaną desperatką, która nie odpuszcza na finiszu, ale która tę walkę okupi siwizną na skroni...

wtorek, 8 maja 2012

na kłopoty Bednarski

albo ciepły głask od męża, słój małosolnych na jutro, pęczek szparagów, botwina, dobre twarde jabłko, strzelające sokiem przy każdym kęsie, kubek herbaty z cytryną i kieliszek czerwonego wina. Słońce i dobre słowo.
Trochę roboty pchnięte. Może się jednak uda?
Franio rzekł dziś wcale niemateralistycznie:
Mamo, trzeba jeść szparagi, bo mają czterysta milionów dolarów witamin, prawda?
A Zosia przygotowując sobie kolację nie zauważyła, że zamiast masłem, posmarowała chleb smalcem, którego używam do smarowania blachy przed pieczeniem chleba. Rano pokazałam jej dowody: kurcze, wiedziałam że coś jest nie tak, bo mi nie smakowało!!!
Mimo ogromnych trudności, bez ofiar w ludziach (ale było blisko) udało się dziś Zośce pobrać krew. Cała  aglomeracja poznańska miała szansę docenić trzy oktawy i siłę decybeli niemal ośmiolatki, wyniki będą jutro. Wszelkie niepokojące objawy ustąpiły w czwartek, ale postanowiłam wykorzystać skierowanie, które udało się zdobyć. Niech okaże się, jak szlachetna krew w niej płynie.

poniedziałek, 7 maja 2012

w dole

Dziecięca głupawka ma to do siebie, że albo zaraża, albo doprowadza do łez. Dzieci lub mnie. Właśnie się zastanawiam, na którym końcu tego kija jestem. Bo chce mi się śmiać  i płakać. Jednocześnie. Przy wdzięcznym rechocie dzieci. One na szczycie sinusoidy, ja na samym dnie, od której nijak sie odbić. Przytłacza mnie nagromadzenie obowiązków, perspektywa wolnego weekend gdzieś w lipcu, komendy (inaczej tego się już nie da nazwać) wydawane potomkom kilkukrotnie (te same komendy, dodam, identyczne, jak refren powtarzane, jak mantra: idź, zrób, posprzątaj, napisz, odłóż, zanieś, uporządkuj, powieś, połóż, umyj, wyłącz, włącz, zostaw, ZOSTAW!!!!!), bałagan w chacie, nieugotowany obiad i nienapisane rozdziały.
Także ten, hm, odnowił mi się nawyk obżerania skórek wokół paznokci, takie tam słabostki, zadziory i krew. Pot. Łzy.
Byle do lipca (a w lipcu to już październik, Boże, życie jest do bani, jak mawiała onegdaj moja licealna przyjaciółka). Byle (jak).

niedziela, 6 maja 2012

wypieranie.

Kończę ten przydługi weekend, zamykam rozdział odpoczynek (no bo przecież odpoczęłam po części), powolutku przyzwyczajam się do myśli o jutrzejszym biegu: praca - wiolonczela - praca - szkoła Franka - dom - praca magisterska, gdzieś wplatając obiad i łyk kawy. Do wakacji mam osiem tygodni, wypełnionych co do minuty zobowiązaniami zawodowo-uczelnianymi, obowiązkami domowymi i chęcią założenia ogrodu. W międzyczasie muszę zaplanować wakacje,  no przecież musi się wszystko udać. Czasem krótkie wakacje robią  źle memu mózgu.
A trzy godziny temu świat powitał Antośka, mojego drugiego bratanka!!! Trzy sto, drobinka, ma się dobrze, takie emocje w rodzinie w niedzielę!

piątek, 4 maja 2012

kasztanowe dni

W ramach wstydliwych wyznań powiem wam, iż boję się burzy. Lubię jej nastrój, lubię zapach po, ale się boję. A zapowiadali. A przestrzegali. Poszłam spać nakręcona kolejnym dniem bólu brzucha Zośki (byłam  u lekarza, mam skierowanie na badanie jej krwi i moczu), w efekcie nie mogłam zasnąć, śniły mi się zakupy w lumpeksie w powiatowym mieście niedaleko Poznania (i był to sen niemal proroczy, gdyż dziś nabyłam trzy pary spodni i koszulkę za całe sześć złotych polskich W SUMIE, acz miasto było nie to ze snu), fabryka napojów gazowanych, było mi gorąco, chciało mi się siku kilkukrotnie, słowem - noc niespokojna od startu. A kiedy już zasnęłam, niebo rozświetliło pokój na tak długo, że możnaby krzyżówkę spokojnie rozwiązać przy tym świetle, Z PRZEKROJU krzyżówkę, dodam, i jak pierdyknęło, to wywinęłam kozła w łóżku wraz ze staniem na rękach i mostkiem za jednym machnięciem kończynami, tak się wystraszyłam. Zofia opowiadała, iż obudziła się zalana łzami, więć przylazła, Fransik trafił do naszego łóżka kwadrans przed burzą, więc w komplecie próbowaliśmy dotrwać do rana, acz umęczona gorącem i tłokiem przeniosłam się na dół piętrowego łóżka w pokoju syneczka (i znów zapętlam się w długie zdania, czy wszyscy nadałżają?). Jako, iż dziś jako jedyna musiałam zwlec swe członki w celu udania się do pracy, umiecie sobie wyobrazić mą doskonałą kondycję po TAKIEJ nocy.
A w szkole było dziś rozkosznie. OECD publikując swój "raport" wylewający wszystkie prawdy o pracy nauczycieli, miało rację, dziś na lekcję przypadało mi troje dzieci, frekwencja powalająca (jak sam pomysł pracowania w taki dzień...).
Latte przygotowana przez męża, na tarasie smakuje jeszcze lepiej.
Dogoniło mnie dziś, nie wiedzieć czemu, wspomnienie egzaminu maturalnego. Minęło trzynaście lat! Kiedy???

czwartek, 3 maja 2012

kocham to miasto zmęczone jak ja

Mimo, że Zosia przechorowała w zasadzie cały pobyt, rzucając pawiem to tu to tam, i uskarżając się co popołudnio-wieczór na ból brzucha, dzielnie towarzyszyła nam w nieustannych spacerach, wędrówkach, przysiadkach na skwerach, ławkach, w parkach i knajpach. Do hotelu wracaliśmy późnymi nocami zgrzani, zmęczeni i upojeni miejskim gwarem, ale z Warszawy wyjeżdżaliśmy z płaczem nielatów, że oto tam chcieliby mieszkać (nie jest to specjalnie popularny wśród rodowitych Poznaniaków pogląd, prawda, ale co oni wiedzą o lokalno - narodowych animozjach). Urzekło nas tysiące miejsc, Czuły Barbarzyńca z huśtawką po środku, knajpa z hamakami, zielone Łazienki, urocza Saska Kępa, zaskoczyła niezawodna komunikacja miejska i czteroipółgodzinna kolejka do Kopernika (staliśmy zaledwie półtorej godziny w kolejce alternatywnej z obowiązkiem kupna biletu do Planetarium, w południe cudem zdobyliśmy bilet na seans o 18), w której jednakowoż warto stać i czterdzieści minut po bilet do Muzeum Powstania Warszawskiego, przygniotły wrażenia stamtąd.
Już planujemy powrót, wszak przed nami, a raczej przed dziećmi naszemi, wcąż Wilanów, Powązki, dokładniejsza eksploracja doskonałych ogrodów na dachu biblioteki i wymarzona wizyta na stadionie, który na żywo prezentuje się całkiem sympatycznie. I pewnie dziesiątki innych miejsc. Warszawa zaimponowała nam swoją europejskością. Mamy czym się chwalić.





środa, 2 maja 2012

Warszawa

upał, Łazienki, metro, Kopernik, powstanie, mosty, stadiony, Bar Warszawa, śledź, tatar, wódka, zakąska, kolejki, niedźwiedzie na przystanku, Czuły Barbarzyńca, lody, Wisła, Mariensztat, Marszałkowska, Powiśle, jaśmin, BUWA, bez, Saska Kępa, Legia - Jagiellonia, Plac Zbawiciela, zimne piwo, tłum na Krakowskim, hiphoperzy, hipsterzy, nieletni mieszkańcy Pragi, Nowy Świat, Jacyków w biegu, kibice rozdarci w środkach komunikacji miejskiej, lalunie w szpileczkach i sukienusiach w stylu pin-up girl popitalające po brukach i ścieżynkach parkowych w niedzielne niemal trzydzieści pięć w cieniu, lans nie komponuje się z ergonomią, jak mawia znajoma, stolica 2012.
Było niezapomnianie...

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

pośmierdziałek

Weekend minął mi błyskawicznie. W zasadzie albo byłam na uczelni, albo spałam, albo marzyłam o śnie. Promotor standardowo, excuse my French, zjebał równo za podwójne spacje, złe odstępy między cytatami a tesktem, niedobrą czcionkę, słowem nie szepnął o merytoryce, kolejny raz oświadczył, że on nam nie pomoże po lipcu, więc albo teraz albo z kim innym. Dramat. Walczę dalej, nie z takiej mnie miękkiej gliny ulepiono, acz ciśnienie nie ma szans mi spaść od dni kilku.
Do tego mąż zaczął fantazjować na temat kupna motoru w przeciągu dwóch lat (po moim rozłożonym trupie, kochanie, rzekłam ze stoickim spokojem), a serio podjęłam szereg czynności porządkowych, czyli przez te dwa lata wypiorę mu mósk i wyczyszczę konto, niech chłop nie myśli, że ze spokojem dam mu się przeflancować dobrowolnie z honorowego dawcy krwi na honorowego dawcę nerek.
A śwagier oświadczył się z sukcesem w Paryżu, pięknie, nes pas?
No i jako, że w piątek wybieram się do stolicy na zaplanowane, wytęsknione, wyczekane, wymarzone krótkie wakacje (czterodniowe), Zofia zaprezentowała nam dziś katar do pasa, jutro zapewne pojawi się kaszel, w środę, a najpóźniej w czwartek pediatra usłyszy zapalenie oskrzeli, zakład? %$&$Y#@^$##&%
Paskudny miałam dzień, doprawdy.

wtorek, 17 kwietnia 2012

debiut

Za nami debiut sceniczny naszej córki. Zasiadła dziś, uczesana w dwa warkocze, moja maleńka niegdyś córeczka, na szkolnym krześle rozmiar czerwony, wetkała między szczupłe uda wiolonczelę, której nóżkę wbiła stanowczo w podłogę, dziarsko chwyciła smyczek i zgrabnym ruchem głowy dała znać akompaniatorce na rozpoczęcie. Wygrała swoje dźwięki trzymając mnie na bezdechu, dopiero siniejące i zdrętwiałe usta przypomniały mi o prawidłowej pracy płuc, serca i wątroby. Odetchnęłam dopiero gdy zabrzmiały oklaski. Jestem z niej TAAAAAKAAA DUUUMNAAA!!! Liczna widownia, pęczniejąca naszą rodziną (bratowa w ciąży chwilę przed terminem) ale i rodzinami i znajomymi królika wszystkich pierwszaków wstrzymywałą oddech, gdy komuś zapodziały się tony, a dwie urocze prowadzące chichocząc przepraszały za usterki techniczne (tak, Zofijka prowadziła ten popis, moja dzielna, duża dziewczynka). Moje macierzyństwo jest niesystematyczne, himeryczne, mało spójne, czasem neurotyczne, choleryczne i gwałtowne. Z porywami. Dziś nabrało blasku i wiatrem napełniło skrzydła, że tak to ujmę z grafomańskim polotem!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

kontaktowo

Dwa zakupy dokonały w moim życiu kolosalnych zmian, nadały nową jakość moim czynom, ułatwiły.
Pierwszy, wielkogabarytowy, trafił do nas ręcami męża w sobotę. I od razu uchomił serię działań usprawniających pracę pralki automatycznej, przyspieszył segregowanie brudów ze względu na kolory, faktury i tkaniny, udoskonalił system wkładania i wyjmowania kolejnych cyklów pachącej biezlizny i nie tylko. Mąż zanabył drugą suszarkę. Taką tradycyjną, z metalowymi prętami do rozwieszania wilgotnych ubrań. Taką, na której zawsze brakuje miejsca. Taką zawsze gęsto obwieszoną. Teraz bezkarnie mogę prać codziennie, nie muszę obawiać się wysmyknięcia się spod mojej kontroli kosza na brudy, który też, jakimś cudem, zawsze jest za mało pojemny. Mam miejsce na wieszanie i schnięcie.
Drugiego zakupu dokonałam już osobiście, spontanicznie i szybko. Weszłam, poddałam się skomplikowanym zabiegom optometry z wywijaniem powieki włącznie i wyszłam z zapasem półrocznym soczewek kontaktowych i płynem do ichże dezynfekcji. Jako wieloletnia okularnica, astygmatyczka, przyklejona do dioptrii plus trzy i pół na stałe, mogę już teraz docenić, że oprawka nie obciera szlachetnie za uchem, ze szkła nie zachodzą gęstym mlekiem przy kontrolnym otwarciu piekarnika, w którym dochodzi placek, że wreszcie mogę ubrać moje ukochane okulary przeciwsłoneczne na pół twarzy bez okularów korekcyjnych nieśmiało schowanych pod spodem i gniotących mocniej za uchem, na skroni i na szczycie nosa.
Acz debiutancka próba wyjęcia szkieł w domu skończyła się spektakularnym zalaniem łzami łazienki, korytarza i schodów. Początki bywają trudne, u optyka poszło sprawniej. Well.

niedziela, 15 kwietnia 2012

obrazy następcze

Znacie to? Powidoki? Po kilkugodzinnym poszukiwaniu grzybów, zamykając oczy widzicie dywan zbutwiałych liści, mchu i gdzieniegdzie łepek podgrzybka. Albo po długiej grze w tetris, na zamkniętych powiekach układają się wam klocki w wypełnionych znikających rzędach. Albo jak ślęczycie nad książkami, e-bookami, pedeefami, stronami wuwuwu o tematyce podobnej czy wspólnej, po głowie chodzą wam frazy, nazwiska i teorie. Najbliższe tygodnie upłyną mi na odganianiu kontrastów następczych

sobota, 14 kwietnia 2012

obserwacje

Jak daliście popalić piątkowi trzynastego? Hę? Ja na ten przykład zapomniałam. Niby przesądna nie jestem, a jednak tli mi się w głowie, szczególnie w jej tyle, myśl, żeby nie zapeszać!!! Więc doprawdy bezpieczniejszym wyjściem było niepamiętanie.
Samochód mi coś nawala, kontrolka od abs zapala się nieśmiało od czasu do czasu i to wcale nie tylko przy hamowaniu, jako że wczoraj, sunąc ruchem jednostajnie przyspieszonym jakieś osiemdziesiąt na godzinę, bez muśnięcia nawet pedału hamlulca, jeśli jakikolwiek muskałam, to raczej ten z prawej, i to też muskaniem trudno opisać, raczej stanowczym wciskaniem, też się uroczo rozświetliła. Po czym bezczelnie zgasła godzinę później. Oczywiście komputer, do którego hondę podpinaliśmy patologii nie widzi, taka karma piętnastoletnich aut.
Siedzę i stukam w tę klawiaturę i wnioski mam na przykład takie, że piękny manicure w modnych kolorach pisania pracy magisterskiej nie usprawnia, podobnego działania nie wykazują też: wiadra herbaty z imbirem, kubki kawy, częste wizyty w toalecie i wzmożony apetyt. Co więcej: te wszystkie czynniki nieznacznie spowalniają proces i opóźniają jego ukończenie. Żeby się z tej imprezy nie wypisać (a czerpię juz z rezerwy), wizalizuje sobie ewentualne granty, jakimi się otoczę po obronie, która już na przełomie czerwca i lipca. Tylko co ja zrobię z moim życiem, jak już te studia skończę? Pobawię się z dziećmi? (tylko czy one aby nie wyrosły z zabaw z mamą w tym czasie?) Poczytam książki? (tylko czy wzrok zachowam po tym wielogodzinnym ślęczeniu przed ekranem dziewięciocalowego monitora?) Obejrzę film? (tylko czy starczy mi cierpliwości na dwugodzinną bezczynność?) Zacznę kolejny fakultet?

czwartek, 12 kwietnia 2012

stosunkowo dobrej nocy

a  na
     dobranoc:
dobranoc.

wiosna nastała

z czego wnoszę? Nie otóż z mojego permanentnego zmęczenia ani też z kwitnących mi tu i ówdzie zawilców i kiełkujących niezapominajek. Wnoszę z autostrady, jaką ponownie na naszej posesji wybudowały sobie błyskawicznie mrówki (swoją drogą, chyba mają swoje Euro albo Olimpiadę, albo dwa w jednym w tej naszej chałupie, że tak im sprawnie poszło, no chyba, że im się Chinczycy nie wtryniali na plac budowy i uczciwych inwestorów pozyskali). Chodzą więc w tę i z powrotem, dźwigając na barkach cały swój świat. A ja po zamieceniu ulepionej brudem ich maleńkich stóp podłogi (wcale mnie już nie dziwi, że umyta dwadzieścia godzin wcześniej na kolanach podłoga dziś nie lśni wcale a wcale i nosi znamiona solidnie upieprzonej, już znam winowajców) zauważam niezłe zamieszanie i ruch w owych śmieciach. Kilka mrówek zawsze się z tej skomplikowanej autostrady na szufelkę załapie.
Drogi ich wejścia do mojego domu jeszcze nie znalazłam. Wyjście wskazuję im za to jednoznacznie stanowczym ruchem palca wskazującego. Ruchem wbijającym ich chitynowe pancerze w terakotę. Owadami, które mają w moim domu ze mną dobrze są wyłącznie pająki. Te wynoszę własnymi ręcami na parapety, ewentualnie, w przypadku zimy za oknem, czy pluchy jesienno marcowej, w kącik przy kominku. Niesystematyczny acz stały ruch tuzinów mrówek na różnych odcinkach ich sieci autostrad wywołuje u mnie niepokój, nie wzruszają mnie ani nie ujmują, mrówkom mówię WON!